FABIO WARDLEY: WALKA Z ITAUMĄ NIE WCHODZI W GRĘ
Fabio Wardley (20-0-1, 19 KO) nie miga się od wyzwań, ale z Mosesem Itaumą (13-0, 11 KO) walczyć nie chce. Panujący mistrz świata wagi ciężkiej federacji WBO ma jednak swoje powody.
Obaj panowie się lubią, ale - co najważniejsze - trenują często na jednej sali pod okiem Bena Davisona. I choć brytyjscy kibice z pewnością chętnie obejrzeliby taką potyczkę, na chwilę obecną się na nią nie zanosi. Zresztą champion World Boxing Organization ma póki co wiele innych, równie ciekawych opcji.
- Trwają jakieś rozmowy w sprawie walki z Chisorą. Itauma? Nie wchodzi w grę. Jesteśmy kumplami, ale walka jest niemożliwa do zrobienia, ponieważ trenujemy na jednej sali. Liczę na to, że Moses szybko dostanie walkę o tytuł i zostanie najmłodszym brytyjskim championem, tylko niech nie robi tego na moim pasie. Oczywiście rozumiem kibiców, którzy chcieliby zobaczyć nas naprzeciw siebie, lecz przez wzgląd na pewne okoliczności teraz o takiej potyczce po prostu nie ma mowy - powiedział Wardley.
Itauma miał za dziewięć dni zmierzyć się z twardym i "śliskim" Jermaine'em Franklinem (24-2, 15 KO). Nabawił się jednak kontuzji i walkę przełożono na 28 marca.
W takich sytuacjach jest pytanie. Wardley nie chce spotkać się z Itaumą bo to jego kumpel? Czy nie chce, bo woli jednak nie ryzykować. A nawet jeśli to pierwsze to i tak jest to argument bez sensu. Pojedynków na szczycie ciągle jest mało. Bokserzy robią uniki i dobierają sobie przeciwników według uznania. Jeśli dojdzie i ten argument by z kimś nie walczyć, to niedługo już każde spotkanie w ringu będzie wyjątkowym świętem. Jeśli Wardley ma problem by wyjść do kogoś bo go zna i lubi, to nich zmieni dyscyplinę sportu. Na przykład na darta. Boks to jest sport, a nie mordobicie i chęć zrobienia komuś krzywdy.
Jeden trener też nie powinien być problemem. W takiej sytuacji wybiera się jednego zawodnika, a drugiego prowadzi w ringu kto inny. Takie życie. Jeśli ktoś decyduje się na uprawianie boksu, to z wszystkimi tego konsekwencjami.
Takie rozumowanie jest bez sensu dla ich trenera. W jakim celu mając dwóch zawodników z potencjałem na mistrzostwo świata kazać im się wybić i zmniejszyć szansę na dobre (i kasowe zarówno dla zawodnika jak i sztabu trenerskiego) walki jednego z nich ? Po przegranej jeden z nich spadnie w rankingach i będzie się musiał odbudować .
Ale będąc tak wybrednym sprawiamy, że nie ma ciekawych walk; nie ma kto walczyć z kim. Boks to nie jest sport dla delikatnych panienek - z całym szacunkiem dla panienek. Pierwszy w rankingu Iglesias walczy o tytuł z zawodnikiem który jest siódmy w rankingu, reszta odmówiła. Co to jest? A potem zdziwienie, że MMA rośnie w siłę a boks podupada. Ciągle jeszcze jakoś żyje, ale tylko dzięki Saudom, bez nich byłoby dużo gorzej. Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest sposób myślenia potencjalnych przeciwników Iglesiasa, Wardleya i innych. Wardley wychodził do każdego, gdy nie miał nic do stracenia. Teraz ma pas i zaczyna się kalkulowanie. Być może nawet niekoniecznie jego, być może On dalej chętnie zawalczył by ze wszystkimi, ale jest menadżer, sponsorzy itd. Zaczyna się biznes, który zabija boks.
Sytuacja braci Kliczków była inna; to jednak rodzeni bracia. Taka sytuacja w pełni usprawiedliwia brak pojedynku między nimi. Wszystko co poniżej nie może znaleźć usprawiedliwienia. Jest tylko wymówką.