KRWAWE ŻNIWA BOKSU: KIM DUK-KOO

Prezentujemy Wam nowy cykl działu Premium, ''Krwawe żniwa boksu'' autorstwa Krystiana Stolarza, który co dwa tygodnie będzie przybliżał najtragiczniejszą stronę pięściarskich zmagań: śmierć na ringu. Dziś w pierwszym odcinku jedna z ikon tego tematu - Kim Duk-Koo.

KRWAWE ŻNIWA BOKSU: KIM DUK-KOO

Boks to dyscyplina sportu, która głęboko wniknęła w strukturę społeczeństw na całym świecie. Jego piękno, nieprzewidywalność, niekończąca się rywalizacja oraz brutalność sprawiły, że wkłada się w ten sport ogromne ilości pieniędzy, dzięki czemu regularnie możemy oglądać wielkie pojedynki, takie jak Muhammad Ali vs Joe Frazier, Floyd Mayweather vs Manny Pacquiao czy Anthony Joshua vs Władimir Kliczko. Nieustannie śledzimy losy najlepszych pięściarzy na świecie, marząc przy tym o ich bezpośrednich starciach i zapominając czasami, jak bezwzględny potrafi być ten sport. 

Dla wielu zawodników boks to pasja, dla której gotowi są poświęcić swój czas, rodzinę, a nawet życie. Przez lata istnienia tej dyscypliny byliśmy świadkami historycznych, ringowych wojen, które na zawsze pozostaną w sercach wielu kibiców. Niestety sport, który tak kochamy, zbiera również krwawe żniwa. Portal boxrec.com, który zajmuje się głównie bokserską statystyką, podaje, iż od początku powstania tej dyscypliny odnotowano ponad 1000 pięściarzy, którzy zginęli w ringu lub w szpitalu wskutek poniesionych obrażeń.

W tej serii pragnę uczcić pamięć bohaterów, którzy stracili życie w imię swojej pasji, a ich śmierć sprawiła, że boks jest dzisiaj lepszym sportem.

KIM DUK-KOO (8.10.1955-18.11.1982) - pięściarz, którego śmierć odmieniła boks na zawsze.

Kim wychował się w skrajnej biedzie, mieszkał w prowincji Kangwon w Korei Południowej. Jego ojciec zmarł, gdy syn miał dwa lata, a matka uzyskiwała jedzenie poprzez żebractwo. W wieku 16 lat podjął przełomową decyzję, opuszczając swój rodzinny dom. Kim w poszukiwaniu lepszego życia udał się do Seulu, który był oddalony od jego domu o sto kilometrów. Początki były trudne, Koreańczyk wylądował pod mostem, a jego jedynym pożywieniem były krakersy. Z czasem chwytał się wszelkich prac dorywczych, takich jak pucybut, spawacz czy też przewodnik turystyczny.

Gdy jego sytuacja materialna uległa poprawie, Kim zawitał na sali bokserskiej, w której szybko odkrył miłość do boksu. Tylko tam mógł wyładować całą frustrację, która towarzyszyła mu od najmłodszych lat. Szybko jednak okazało się, że dość mocno odstawał umiejętnościami od innych. Brakowało mu siły ciosu, szybkości oraz kondycji. Jak wspomina jego pierwszy trener - Kim Hyun- Chi - nowy podopieczny wyróżniał się jedynie niezłomnością, silną wolą oraz bezwzględnością. Te aspekty sprawiły, że Kim z miesiąca na miesiąc stawał się coraz lepszy. W 1978 roku został profesjonalnym pięściarzem, a dwa lata później zdobył zawodowe mistrzostwo Korei. Następnie zdobył pas Orient and Pacific Boxing Federation.

W 1982 roku Kim legitymował się bilansem 17-1-1, stoczył tylko jeden pojedynek za granicami swojego państwa, a żaden z jego rywali nie był choć bliski poziomu światowej czołówki. Mimo tego organizacja WBA wyznaczyła go do piętnastorundowej walki o mistrzowski pas tej federacji. Panujący mistrz świata, Ray ,,Boom Boom Mancini’’ był wschodzącą gwiazdą, pomimo 21 lat miał już za sobą 25 zawodowych walk, w tym kilka z rywalami światowej klasy. Amerykanin nie był obdarzony nokautującym ciosem, lecz dzięki świetnemu przygotowaniu kondycyjnemu i umiejętności zadawania szybkich kombinacji często wygrywał przed czasem. W Ameryce nikt nie znał Kima, a także nie dawał mu szans w walce z „Boom Boom”. Sam Mancini nie spodziewał się dużego wyzwania, jednak zaczął zmieniać zdanie, gdy na godzinę przed walką okazało się, że jego rywal z uwagi na ogromną ilość zgromadzonej energii wpadł w szał i atakował szafki. Sam Koreańczyk nie obawiał się swojego rywala, zapowiadał ringową wojnę i wierzył w zdobycie mistrzowskiego pasa. Był na tyle pewny siebie, że mówił: „ Albo on, albo ja umrę w ringu”. Ponadto zrobił z tektury trumnę i pokazał ją dziennikarzom mówiąc przy tym, że złoży do niej swojego rywala. Nikt wtedy nie traktował jego słów poważnie, trash-talk w boksie był na porządku dziennym. Przed wylotem do Stanów Zjednoczonych Kim oświadczył się swojej partnerce, po czym natchniony ruszył na podbój Ameryki.

Walka odbyła się w kasynie Caesars Palace w 1982 roku. Na trybunach walkę oglądało 6500 kibiców, w tym sam Frank Sinatra czy Bill Cosby, a transmisję telewizyjną śledziły miliony. Zapewne nikt nie żałował poświęconego czasu, już pierwsze rundy pokazały, że żaden z pięściarzy nie przybył, by kalkulować. Rozpoczęła się prawdziwa ringowa wojna, w której mało znany Koreańczyk radził sobie zaskakująco dobrze. Nie ustępował swojemu rywalowi i odpowiadał cios za cios. „Boom Boom” był w coraz to większych tarapatach, miał rozcięte lewe ucho, uszkodzoną  dłoń oraz napuchnięte lewe oko, które utrudniało widoczność. W dziewiątej rundzie pretendent o mało nie znokautował mistrza. Jednak Amerykanin przetrwał kryzys i w dziesiątej odsłonie zaczął przejmować inicjatywę. Koreańczyk z każdą kolejną rundą słabł, wielu ekspertów uważało, że był to efekt zbijania wagi i odwodnienia. Trzynasta runda to prawdziwy dramat pretendenta, mistrz ruszył z ofensywą na swojego rywala i zadał aż 39 ciosów, głównie w głowę, nie otrzymując od przeciwnika żadnej odpowiedzi. Żuchwa Koreańczyka po przyjęciu tak ogromnej kombinacji zaczęła puchnąć, a po chwili zabrzmiał gong kończący 13. rundę. Mimo destrukcyjnej serii przyjętej w poprzedniej rundzie, Kim zdecydował się wyjść do kolejnego starcia. Jak się później okazało, to była ostatnia runda w życiu walecznego Koreańczyka. 

Po gongu obaj ponownie ruszyli na siebie, wymieniając się kolejno ciosami. Ray po otrzymaniu ciosów na korpus skontrował potężnym lewym sierpowym na szczękę rywala, który został zamroczony, w wyniku czego opuścił ręce. „Boom Boom” natychmiast wykorzystał sytuację, powalając go potężną kombinacją prawy-lewy sierpowy-prawy prosty. Kim padł na deski niczym kłoda, znów był wyraźnie zamroczony, lecz udało mu się wstać. Mimo to sędzia ringowy Richard Green uznał go za niezdolnego do walki i przerwał pojedynek. Ray Mancini nie krył zadowolenia z wygranej, krzycząc i skacząc z radości. Po chwili, gdy mistrz WBA udzielał wywiadu, Kim Duk-Koo będąc w swoim narożniku stracił przytomność. Natychmiast został wyniesiony z ringu na noszach i przetransportowany do szpitala, gdzie niezwłocznie przeprowadzono operację neurochirurgiczną. Jak się okazało w głowie pretendenta powstał duży krwiak, który próbowano usunąć. Operacja trwała 2,5 godziny i ostatecznie powiodła się, lecz niestety mózg doznał nieodwracalnych uszkodzeń, a lekarze byli zmuszeni podłączyć Koreańczyka do aparatury podtrzymującej funkcje życiowe. Ostatecznie 18 listopada lekarze uznali, że nie ma nadziei dla Kima i odłączyli go od respiratora.

To była tragedia dla całego bokserskiego świata, ale ten cios najbardziej odczuła rodzina walecznego Koreańczyka. Jego narzeczona w dniu walki była w drugim miesiącu ciąży, a matka Kima nigdy nie pogodziła się z jego śmiercią. Nie potrafiła poradzić sobie z utratą syna, dlatego cztery miesiące później popełniła samobójstwo. Następnie niecały rok po walce samobójstwo popełnił też sędzia ringowy tej feralnej walki - Richard Green. Nikt tak naprawdę nie wie, co skłoniło go do tej tragicznej decyzji. Środowisko bokserskie nigdy nie miało pretensji do Richarda za wydarzenia z 13 listopada 1982 roku.

Sam Ray Mancini stanowczo twierdził, że śmierć rywala w ich walce nigdy nie miała wpływu na jego karierę, jednak jak się okazało zmagał się z depresją, a według swojego promotora już nigdy nie był tym samym bokserem. Niespełna dwa lata później stracił mistrzowski tytuł i po raz pierwszy postanowił zakończyć karierę (finalnie na sportową emeryturę przeszedł w 1992 roku).

Śmierć Kima odmieniła boks zawodowy na zawsze. Cały bokserski świat zaczął dyskutować o zmianach panujących zasad. Bob Arum zaproponował, aby zawiesić na kilka miesięcy wszelkie działania w tej dyscyplinie, a następnie wprowadzić obowiązkowe ochraniacze na głowę oraz miękkie rękawice. Te przykładowe propozycje ostatecznie zostały odrzucone, jednakże federacja WBC jeszcze w 1982 roku skróciła długość pojedynków z 15 do 12 rund, twierdząc, że to właśnie te ostatnie trzy rundy są zbyt wyczerpujące dla ludzkiego organizmu. Pozostałe federacje nie były temu przychylne, lecz ostatecznie po pięciu latach również wprowadziły tę zmianę. Ponadto wprowadzono obowiązek badań lekarskich zawodników przed i po walce (EKG, badania krwi, płuc i mózgu). Przedtem pięściarze mogli zostać dopuszczeni do walki jedynie na podstawie pomiaru pulsu i ciśnienia krwi.

Świat nie zapomniał o walecznym Kim Duk-Koo, w 2002 roku powstał koreański film biograficzny opowiadający o losach tego pięściarza, a amerykański muzyk Mark Kozelek nagrał utwór, w którym wspomina tragiczne losy Koreańczyka. Piosenka trwa ponad 14 minut, co miało uczcić 14 ostatnich rund Kima. Osobiście uważam, że tę historię powinien znać każdy szanujący się kibic pięściarstwa. Boks jako wyjątkowa kompilacja sportu i biznesu nie lubi próżni, na miejsce poległych mistrzów, showmanów, gwiazd czy walecznych wojowników przychodzą kolejni, nam kibicom zostaje pamiętać o tych, którzy przyczynili się do piękna tego sportu.

„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci”

KRYSTIAN STOLARZ

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 Autor komentarza: Hugo
Data: 14-11-2020 17:02:14 
Sytuacja w dziedzinie bezpieczeństwa bokserów w ostatnich 10-15 latach systematycznie się pogarsza. Jest coraz większa akceptacja sędziów dla ciosów w tył głowy. Kiedyś większość nokautów była po ciosach na szczękę, a obecnie po ciosach w okolice ucha, bo bokserzy nie obawiają się dyskwalifikacji, jeżeli trafią trochę dalej, w tył głowy. Nokauty po ciosach w tył głowy są zaliczane bezproblemowo, jeżeli sędzia uzna (a prawie zawsze tak uznaje), że nie było intencji uderzenia w miejsce niedozwolone. Nawet jeśli mamy do czynienia z ewidentnie intencjonalnym biciem w tył głowy, to boksera nie spotykają za to żadne konsekwencje. W 2015 roku Terrel Williams bijąc notorycznie i z demonstracyjnie okazywaną premedytacją w tył głowy rywala doprowadził do trwałego dożywotniego kalectwa Pricharda Colona i nie spotkała go za to żadna kara. Nadal boksuje.

Niby robi się jakieś badania, ale nadal pomija się badanie najważniejsze, a mianowicie grubości kości czaszki bokserów. Ta grubość jest u ludzi bardzo różna. W najcieńszym miejscu (skroń, potylica) wynosi od 2 mm do 1 cm. Przecież tacy z 2-3 mm są najbardziej narażeni na urazy mózgu i nie powinni być dopuszczani do uprawiania boksu. W 2019 w pojedynku z Subrielem Matiasem śmiertelnego urazu mózgu doznał bardzo utalentowany rosyjski bokser Maksim Dadaszew. Dopiero po jego śmierci wyszło na jaw, że podobny uraz miał już kilka lat wcześniej jako amator i ledwie uszedł z życiem po kilku dniach bez odzyskiwania przytomności. Dlaczego nikt nie monitoruje takich historii, które chyba powinny być odnotowane w jakiejś książeczce zdrowia boksera?
 Autor komentarza: Ygnac
Data: 14-11-2020 18:30:14 
I znowu "oboje"... jakby jeden z nich był kobietą...
 Autor komentarza: teanshin
Data: 14-11-2020 21:23:35 
Walki zdecydowanie są za długie, mimo że może wytrzymać to kondycyjnie to w przeciągu 12 rund zawodnik może otrzymać kilkaset ciosów na głowę, najlepszy przykład Kownacki vs Arreola. Po jednej czy dwóch walkach może od razu nie umrze ale kariera pięściarza trwa od kilku do kilkunastu lat. Kto wie czy nie doczekamy takich czasów gdzie walki będą trwały jak w MMA po 5 rund.
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.