CZEGOŚ ZABRAKŁO: MITCHELL, HELENIUS I PRICE

Seth Mitchell, Robert Helenius i David Price: trzech potężnych 'ciężkich', którym wielu wróżyło swego czasu mistrzostwo świata. Co poszło nie tak i jak toczyły się ich kariery? Sprawdźcie tekst Adama Kubaszewskiego.

CZEGOŚ ZABRAKŁO: MITCHELL, HELENIUS I PRICE 

Niedawny rewanżowy pojedynek między Tysonem Furym i Deontayem Wilderem był ogromnym wydarzeniem dla wszystkich fanów boksu. Niezależnie od tego, jak teraz potoczą się losy obydwu bohaterów, trzeba przyznać, że przez ostatnie lata ''Bronze Bomber'' i ''Gypsy King'' na stałe zapisali się w historii dyscypliny. Tyson Fury i Deontay Wilder debiutowali w 2008 roku i w pierwszych etapach kariery wcale jednak mocno się nie wyróżniali: dwaj późniejsi mistrzowie znajdowali się wśród - wybierzmy umownie - pięciu pięściarzy, o których wkrótce miało zrobić się głośno. Cała piątka różniła się stylem walki, ale łączyły ich dobre warunki fizyczne i - jak uważali niektórzy - mistrzowski potencjał. Rozpoczął się wyścig młodych wielkoludów po mistrzowskie pasy. Na starcie stanęli wspomniani już Fury i Wilder, a także Seth Mitchell, Robert Helenius i David Price. Jasne, wysocy i ciężcy zawodnicy w królewskiej kategorii nie byli rzadkością od samego początku boksu, jak i walk na pięści w ogóle. Dość powiedzieć, że w okresie, o którym wspominamy, mistrzowskie tytuły największych federacji dzierżyli Władimir i Witalij Kliczko czy Nikołaj Wałujew, a więc pięściarze górujący warunkami fizycznymi nad resztą stawki. Wtedy nie mieliśmy jednak takiej nadreprezentacji dwumetrowców jak dzisiaj - w czołówce znajdowali się mniejsi ciężcy, jak Aleksander Powietkin czy przechodzący z cruiser David Haye i Tomasz Adamek.

*

Seth Mitchell (USA)

Najwcześniej zakończyła się kariera Setha Mitchella. W odróżnieniu od pozostałych opisywanych pięściarzy Amerykanin miał zaledwie 188 centymetrów wzrostu, jednak nadrabiał to szeroką obręczą barkową i bardzo atletyczną budową ciała, przez co warunkowo można uznać go za ''dużego'' ciężkiego, ważącego przeciętnie około 110 kg.

Zawodnik o pseudonimie ''Mayhem'' do boksu trafił późno i trochę przypadkowo - w wyniku kontuzji został zmuszony do rezygnacji z futbolu amerykańskiego, w którym wróżono mu duże sukcesy. Mitchell treningi pięściarskie rozpoczął w 2006 roku - w boksie olimpijskim stoczył zaledwie 10 pojedynków (z czego 9 wygrał przez nokaut), po czym przeszedł na zawodowstwo, już po drugiej walce podpisując kontrakt z Golden Boy Promotions.

Współpraca z GBP o mało nie skończyła się niewypałem, ponieważ już w kolejnej walce Mitchell niejednogłośnie zremisował z Alvaro Moralesem, legitymującym się bilansem 2-0-3. Następne pojedynki kończyły się jednak zwycięstwami, a Mitchell poza wieloma słabymi rywalami znokautował solidnych Timura Ibragimowa i Chazza Witherspoona. Kolejnym rywalem został Johnathon Banks, który wtedy coraz bardziej przedkładał pracę trenerską nad własne występy w roli pięściarza. Mitchell zgodnie z planem wygrał pierwszą rundę, jednak już w drugiej Banks obnażył wszystkie defensywne braki swojego przeciwnika, trzykrotnie kładąc go na deski i zmuszając sędziego do ogłoszenia TKO.

Mimo, że Mitchell udanie zrewanżował się Banksowi, wygrywając na punkty 8 miesięcy później, wszyscy - łącznie z promotorami i chyba nawet samym zawodnikiem - wiedzieli, że na czołówkę wagi ciężkiej zwyczajnie brakuje mu umiejętności. Widząc brak potencjału, Mitchellowi zakontraktowano walkę z Chrisem Arreolą, który wracał po punktowej porażce z Bermane’em Stivernem. Było jasne, że to ''rzucenie na pożarcie'' i prawdopodobnie ostatnia duża wypłata, do jakiegoś stopnia ratująca kilkuletnie inwestycje w zawodnika. Jeżeli w momencie wyjścia do ringu istniała jeszcze jakaś nadzieja na pokonanie Arreoli, to już w połowie pierwszej rundy było jasne, że cudem będzie nawet dotrwanie do połowy pojedynku „Mayhem” zgodnie z przewidywaniami szybko dwukrotnie padł na deski i choć wstał, chwilę później sędzia zakończył nierówną walkę, zapewne ratując Mitchellowi sporo zdrowia.

Seth Mitchell nigdy więcej nie pojawił się w ringu, kończąc przygodę z zawodowym boksem z rekordem 26 (19)-2-1.

*

Robert Helenius (Finlandia)

Pogromca Adama Kownackiego przez kilka lat uchodził za naprawdę obiecującego prospekta. Jego braki koordynacyjne były rekompensowane przez silny cios, odporną szczękę i duży zasięg. Warto pamiętać, że choć w boksie olimpijskim Helenius nie osiągnął wiele, to jednak stoczył prawie 150 pojedynków, dzięki czemu debiutując na zawodowym ringu dysponował już pewnym doświadczeniem.

Jako zawodnik grupy Sauerlanda boksował w Niemczech, Finlandii i okazjonalnie w Szwecji, pokonując wszystkich rywali. Już nieco ponad rok po pierwszej walce został zestawiony z Tarasem Bidenko (TKO przez kontuzję Bidenki po 3. rundzie; tym razem Ukrainiec nie zapomniał butów), a następnie wysłał na emeryturę 37-letniego Lamona Brewstera, trwale uszkadzając mu przy tym wzrok. Helenius nokautował także innych byłych mistrzów świata - Sergieja Lachowicza i Samuela Petera.

Za punkt zwrotny w karierze Heleniusa można uznać walkę z Dereckiem Chisorą o pas EBU w marcu 2011 roku. Choć ''Del Boy'' został kilka miesięcy wcześniej wypunktowany przez Tysona Fury’ego, był bez wątpienia słusznie uznawany za groźnego rywala dla niepokonanego Heleniusa. Pojedynek został zorganizowany w Helsinkach i przewidywano, że Chisora nie powinien liczyć na sędziów punktowych - miał być kolejnym nazwiskiem w rekordzie Fina, który tym razem zamiast półemerytowanych mistrzów wziął się za młodego prospekta. W ringu szybko okazało się, że Brytyjczyk nie miał zamiaru służyć za tło i przyjechał po wygraną - według systemu CompuBox Chisora trafił aż 278 razy, inkasując 140 ciosów. Mimo wyraźnej przewagi w większości rund sędziowie orzekli jednak niejednogłośne zwycięstwo Heleniusa, co zostało uznane za skandal przez niemal całe bokserskie środowisko. Choć oficjalnie wygrał, akcje Fina mocno spadły.

Helenius po roku przerwy spowodowanej kontuzjami barku wypunktował Michaela Sprotta i Shermana Williamsa, po czym przez dwa lata nie pojawiał się w ringu - do dalszych problemów zdrowotnych doszedł poważny konflikt z promotorem. „Nordycki Koszmar” wrócił w 2015 roku, gdy podobno ''uwolnił się od kontraktu'', chociaż niemieccy promotorzy mieli na ten temat odwrotne zdanie. Helenius wciąż wygrywał, jednakże trapiony kontuzjami wyglądał w ringu znacznie gorzej niż wcześniej. W końcu przyszła pierwsza oficjalna porażka - Fin został przed własną publicznością znokautowany przez Johanna Duhaupasa. Później przegrał jeszcze po zachowawczej walce z Dillianem Whyte’em oraz przez nokaut z Geraldem Washingtonem. Trzeba jednak oddać, że w międzyczasie zdołał wygrać przed czasem z Erkanem Teperem.

Fina można teoretycznie wciąż klasyfikować jako szeroką czołówkę wagi ciężkiej, ale droga do pasów czy nawet TOP10 wydaje się bezpowrotnie zamknięta - nawet mimo sprawienia ogromnej niespodzianki i znokautowania Adama Kownackiego.

*

David Price (Wielka Brytania)

Z przedstawianej piątki to chyba z Davidem Price'em wiązano największe nadzieje na międzynarodowe sukcesy. Nic w tym dziwnego - Price z 2009 roku to utalentowany i doświadczony amator, zdobywca brązowego medalu na igrzyskach w Pekinie, do tego obdarzony potężnym ciosem i bardzo dobrymi warunkami fizycznymi. Dzisiaj Price, choć pozostał ''lokalnym bohaterem'', jest uznawany za nieco memiczną postać i synonim pięściarza, który z hukiem spadł, zanim zdołał wdrapać się na piedestał.

Zaczynało się obiecująco - Price wygrał 15 pierwszych walk (w tym z Samem Sextonem i Audleyem Harrisonem), w 2012 roku został nawet Prospektem Roku według stacji ESPN. Kolejnym testem w jego karierze miał być Tony Thompson – bardzo solidny zawodnik i były dwukrotny pretendent do tytułu mistrza świata (przegrywał z Władimirem Kliczką). Price wychodził do ringu jako wyraźny faworyt. Wygrał pierwszą rundę i wydawał się być na dobrej drodze do kolejnego szybkiego nokautu. W drugim starciu nadział się jednak na potężny prawy sierpowy i choć z wielkim trudem podniósł się z desek, walka słusznie została przerwana.

Thompson brutalnie obnażył pierwszą wielką wadę Price’a – fatalną odporność na ciosy. Choć mówiło się o tym już wcześniej przy okazji sparingowych plotek, tym razem bokserski świat przekonał się o słabej szczęce Anglika podczas oficjalnego pojedynku. Price przekonywał o wypadku przy pracy i żądzy rewanżu, dzięki czemu pół roku później doszło do drugiej walki z Thompsonem.

Rewanż uwypuklił drugi wielki problem Anglika, czyli bardzo słabą kondycję. Price na początku znów radził sobie bardzo dobrze, a w drugiej rundzie po liczeniu był bardzo blisko wygranej przed czasem. Thompson wstał i dotrwał do gongu, a Price w kolejnych rundach słabł w oczach - po bardzo długiej serii mocnych ciosów w piątej rundzie uratował go sędzia, który przerwał walkę i ogłosił techniczny nokaut.

David Price po dwóch porażkach zmienił sztab - na stanowisku trenerskim Francisa Smitha zmienił najpierw Adam Booth, a chwilę później Tommy Brooks, który prowadzi Anglika do dzisiaj. Z nowym trenerem w narożniku Price pokonał kilku journeymanów, po czym został brutalnie znokautowany w Niemczech przez Erkana Tepera. Półtora roku później Price dopisał kolejną porażkę przed czasem, kiedy krańcowo zmęczonemu Anglikowi TKO zafundował Christian Hammer. Przed czasem pokonywali go jeszcze Aleksander Powietkin, Siergiej Kuźmin i Dereck Chisora. Jedynym znaczącym zwycięstwem Price’a w ostatnich latach jest wygrana nad Davidem Allenem w sierpniu 2019 roku.

Paradoksalnie zestawienie wad i zalet Davida Price’a sprawia, że to niezwykle emocjonujący zawodnik, który choć na wyższym poziomie teoretycznie nie ma czego szukać, to zawsze może zostać uratowany przez mocny cios. Jasne, przegrywał widowiskowo i brutalnie, ale w walkach z Price’em liczeni byli przecież Thompson, Hammer czy nawet Powietkin. Brązowy medalista olimpijski jest bardzo rozpoznawalny w Wielkiej Brytanii i pewnie doczeka się jeszcze kilku dobrze płatnych pojedynków o lokalnej skali. Z uwagi na liczbę przyjmowanych ciosów, słabą odporność i wiele przeszłych nokautów dla samego Davida byłoby chyba lepiej zawiesić rękawice na kołku.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 Autor komentarza: Zawojda
Data: 13-03-2020 19:25:21 
Pamiętam dobrze czasy gdy pompowano Prica. Zanim zdążył coś osiągnąć w zawodostwie, pisano o nim jako przyszłym mistrzu. Niektórzy w to uwierzyli. Ale Price to przykład tego, jak istotna jest w boksie anatomia. On ma długą, chudą szyję i wielki łeb (chociaż niknie w jego gabarytach, to jest naprawdę duży). Ten melon sterczący na patyku po prostu prosił się o nokaut.
 Autor komentarza: teanshin
Data: 13-03-2020 19:30:10 
Takich jak oni było wielu, choćby Audray Harrison. Wielu zaszło dużo dalej a i tak nie spełnili pokładanch w nich nadzieji, np. Povetkin czy nasz Golota. Są lub byli tacy którzy zaszli dalej niż kiedykolwiek powinni jak Steverne, Martin czy kiedyś Buster Douglas, choć Douglas wcale nie był złym pięściarzem.
Taki jest boks, ekscytujący i ciekawy właśnie dlatego że pełno w nim niewiadomych.
 Autor komentarza: Zawojda
Data: 13-03-2020 21:08:49 
Dla mnie bokserem, który aż się prosił o pas był David Tua, który mimo dyskusyjnych warunków fizycznych, potrafił zdziałać w ringu cuda. Korzystał maksymalnie z tego co miał. Znokautował efektownie jednego byłego i trzech przyszłych mistrzów świata. W walce o pas przegrał z Lennoxem Lewisem. I po tym niestety już się nie podniósł. Ale w przeciwieństwie do Heleniusa, Prica, Mitchella i wielu innych, zapisał się w historii.
 Autor komentarza: Sajnal07
Data: 13-03-2020 23:12:40 
Szczerze mówiąc to w Heleniusa od kiedy tylko go pierwszy raz zobaczyłem ,nie wierzyłem ze coś zdziała. Facet miał ładne nokauty ale był strasznie wolny i drewniany . W Mitchella i Price'a wierzyłem ze coś zdzialaja, obaj byli dynamiczni,mieli mocny cios i ogólnie lubilem ich oglądać. Najbardziej rozczarował mnie ,,mayhem, ,ulubieniec Copa swego czasu :) kibicowalem mu i miałem nadzieję że ożywi amerykańska wagę ciężka, no cóż stało się inaczej
 Autor komentarza: ALiBudda
Data: 14-03-2020 09:06:17 
hehe, pamietam Copa z forum. Faktycznie Mitchel i Adamek to byli jego ulubieńcy :)
Szczerze to z tej trójki, wlasnie najbardziej Mitchel wydawal sie perspektywiczny. No cóż, stalo sie inaczej...
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.