CIEŚNIK: SUKCES PRZYJDZIE Z CZASEM

Założyciel grupy promotorskiej CK Promotion wpadł na pomysł, żeby na jednej ze swoich gal osobiście stoczyć pojedynek w formule MMA. Choć na razie nie udało mu się go zrealizować, wciąż marzy o tym, żeby powalczyć - na przykład na gali KSW lub MMA Attack. W rozmowie z Wirtualną Polską 30-letni promotor, Krystian Cieśnik, opowiada o swojej działalności, a także o lidze zawodowej World Series of Boxing, w której od roku rywalizuje pięściarska ekipa Hussars Poland.

Michał Bugno: Jesteś założycielem grupy promotorskiej CK Promotion i event managerem pięściarskiej ekipy Hussars Poland, która rywalizuje w prestiżowej lidze World Series of Boxing. Na czym polegają twoje obowiązki?
Krystian Cieśnik: Pracy jest bardzo dużo. CK Promotion cały czas intensywnie funkcjonuje. W przyszłym roku zorganizujemy dwie kolejne gale - jedna odbędzie się w Tczewie, a druga na Pomorzu. Na razie nie chcę mówić, gdzie dokładnie, bo jestem jeszcze przed rozmową z prezydentem tego miasta. Jako event manager Hussars Poland skupiam się na wszystkim, co podczas gali dzieje się wokół ringu. Hala znajduje się wtedy pod moją opieką. Chodzi o to, żeby impreza miała ręce i nogi i żeby dobrze wyglądała w telewizji. Odpowiadam też za kontakt z mediami, akredytacje, transport zawodników i sprzedaż biletów.

- Masz 30 lat i jesteś jednym z młodszych promotorów bokserskich w Polsce. Kiedy zacząłeś się tym zajmować i jak wyglądały twoje początki?
KC: W 2006 roku pierwszy raz pomyślałem o tym, że chciałbym kiedyś zorganizować swoją galę bokserską. W tamtym czasie nie miałem o tym jednak żadnego pojęcia. Trzy lata później nawiązałem współpracę z serwisem BoxingNews.pl. Z racji tego, że dobrze znam język niemiecki, tłumaczyłem dla niusy z niemieckiego na polski, a dodatkowo robiłem wywiady z naszymi zawodnikami - m.in. z Tomaszem Adamkiem, Andrzejem Gołotą, Rafałem Jackiewiczem czy Dawidem Kosteckim. Trwało to przez jakieś 9-10 miesięcy. Następnie odszedłem z serwisu, a pan Andrzej Grajewski zaproponował mi, żebym został rzecznikiem prasowym gali Diamond Boxing Night. Zgodziłem się, a tydzień później dowiedziałem się, że obowiązków będę miał więcej. Na koniec wyszło tak, że do spółki z panem Grajewskim organizowałem praktycznie całą galę.

- Co jest najtrudniejsze w tej pracy? Pozyskiwanie sponsorów?
KC: Tak. To jedno z najtrudniejszych zadań promotora. Na początku zazwyczaj jest tak, że sponsorami zostają przyjaciele, znajomi lub znajomi znajomych, którzy chcą pomóc. W swojej niespełna dwuletniej działalności promotorskiej zapytanie o sponsoring wysłałem do 500-600 firm. To były skromne prośby. Kwoty dla zawodników miały opiewać na 1000-2000 złotych miesięcznie. Tak, żeby mieli pieniądze np. na odżywki. Szczerze mówiąc, żadna z firm w ogóle mi nie odpisała. Nie było nawet odpowiedzi, że nie są zainteresowani współpracą. Na pierwszej gali w pozyskaniu sponsora pomógł mi Andrzej Grajewski. W Tczewie znalazłem stałego sponsora, który prowadzi siłownię, ale jest to mój przyjaciel. Jeżeli pozyskiwałem takich sponsorów jak Tiger Energy Drink, to tylko dzięki pomocy Darka Michalczewskiego, który się za mną wstawił.

- W Polsce jest kilku dużych promotorów bokserskich - Andrzej Wasilewski, Andrzej Gmitruk i Tomasz Babiloński. W Stanach Zjednoczonych prężnie działa założyciel Global Boxing Promotion Mariusz Kołodziej. Jak odnajdujesz się na rynku i jak wyglądają wasze relacje? Funkcjonuje to bardziej na zasadach konkurencji czy może widzisz perspektywy na współpracę z nimi?
KC: O konkurencji nie ma co mówić. Tam, gdzie dziś są ci panowie, ja chciałbym być za 5-7 lat. Moja grupa jest na tyle mała, że ma całkiem inne cele i zupełnie inne perspektywy. Myślę, że na dzień dzisiejszy nie jestem dla tych promotorów konkurencją, lecz po prostu jakimś uzupełnieniem. W każdym kraju, gdzie boks działa prężnie, muszą być te małe grupy i muszą być ci uparci zawodnicy, którzy dążą do realizacji swoich celów, choć może nawet nigdy nie zostaną mistrzami świata. Na dzień dzisiejszy nie mamy takich warunków treningowych, żeby wejść na szczyt, ale myślę, że przez kolejne lata uda się je wypracować. Myślę, że sukces przyjdzie z czasem, ale na pewno potrzeba dużo pracy i dużo szczęścia.

- Jacy zawodnicy są aktualnie związani z grupą CK Promotion i kto z nich ma największy potencjał?
KC: Na dzień dzisiejszy moim najbardziej utalentowanym pięściarzem jest Patryk Litkiewicz, ale mam jeszcze Marcina Cybulskiego i Mateusza Kanieckiego. Niestety, borykamy się trochę z warunkami treningowymi. Jeździmy na treningi do Gdańska, trochę sparujemy z zawodnikami Hussars Poland... Myślę jednak, że ta sytuacja zmieni się w ciągu pół roku. Prowadzimy rozmowy w celu pozyskania na stałe jednego trenera, który będzie przygotowywał konkretnych zawodników. Żeby nie było już tak, że w ramach przygotowań do walk hulamy po Polsce.

- Porozmawiajmy o lidze zawodowej World Series of Boxing. Co o niej sądzisz?
KC: Jestem nią bardzo pozytywnie zaskoczony! Pierwszy raz o World Series of Boxing usłyszałem dwa lata temu, kiedy spotkałem się z panem Adamem Kusiorem, który dysponuje sprzętem bokserskim, a ja zaopatrywałem się w jego firmie. Przyjąłem to do wiadomości, ale wpuściłem lewym uchem, a wypuściłem prawym. Byłem zaskoczony, kiedy zobaczyłem na jakim poziomie toczą się walki w tej lidze. Wiadomo, że ci chłopcy nie są jeszcze wyszkoleni tak, jak bokserzy, którzy na zawodowstwie są od 6-7 lat, ale i tak prezentują się dobrze. Ci zawodnicy zazwyczaj wywodzą się z biednych klubów, których nie stać na kupowanie odżywek i płacenie za psychologów, fizjoterapeutów itp. Nie jest tak jak np. w Knockout Promotions, gdzie zawodnicy mają świetne warunki treningowe i od poniedziałku do soboty czuwa nad nimi ekipa. Mimo to, World Series of Boxing naprawdę może zaistnieć! Wszystko zależy od tego, czy znajdą się sponsorzy, którzy będą chcieli w ten projekt zainwestować.

- Od tego sezonu nasz kraj w lidze reprezentuje ekipa Hussars Poland. W piątek Polacy pokonali na warszawskim Torwarze zespół Algeria Desert Hawks 3:2. Wcześniej niespodziewanie wygrali w Gdyni 3:2 w teamem Russia, który przed rokiem zdobył drużynowe wicemistrzostwo ligi WSB. Niestety, polscy "Husarze" na koncie mają też porażkę 1:4 z zespołem Mexico Guerreros, a w Mendozie zostali niedawno rozbici 0:5 przez Argentina Condors. Jak widać - wyniki są w kratkę. Na co twoim zdaniem stać polski zespół?
KC: Wracając do Argentyny - nie do końca nie zgadzam się, że Polacy zostali rozbici, bo gdyby nie głupi faul albo ponaglanie faulu przez Mateusza Tryca, któremu zostały za to odebrane punkty, to - w mojej ocenie - wygrałby on tę walkę. Tak samo uważam, że Patryk Brzeski powinien zostać zwycięzcą walki w wadze ciężkiej. Ale wiadomo - jest pewna różnica między "powinien" a "był". Wynik idzie w świat. A co do naszego zespołu - wiadomo, że są to chłopaki, którzy dopiero od 3-4 miesięcy mają takie, a nie inne warunki. Ich forma nie jest do końca stabilna, ale myślę, że wszystko przyjdzie z wiekiem. Jestem przekonany, że za rok czy dwa zawodnicy Hussars Poland będą prezentować całkiem inny poziom techniczny i fizyczny. Na pewno muszą się nauczyć rozkładać siły, bo walki pięciorundowe to też dla nich nowość. Jeszcze 2-3 miesiące temu wielu ludzi w środowisku bokserskim w Polsce mówiło, że ten projekt jest do dupy, a nasi zawodnicy będą deklasowani. Dziś wiadomo już, że tak nie jest! 95% walk jest rozstrzyganych na punkty, a nikt nie jest obijany od początku do końca. Oczywiście, zdarzają się słabsze występy Polaków, ale tak samo zdarzają się słabsze mecze innych drużyn. Jeszcze niedawno wszyscy byli święcie przekonani, że przez pierwszych pięć meczów Polacy będą dostawać w plecy. A tu pozytywne zaskoczenie! Niektóre występy przewyższają oczekiwania. Można powiedzieć, że Tomek Jabłoński po prostu zdeklasował rywala z Rosji, który w zeszłym sezonie wygrywał wszystkie swoje walki. I to jest w tym sporcie piękne!

- Aż szkoda, że w piątek na Torwarze nie mieliśmy okazji zobaczyć Tomka w akcji (zwyciężył walkowerem, bo jego rywal Abdelmalek Rahou przyjechał do Polski z nadwagą - przyp. WP.PL).
KC: Wielka szkoda. Bardzo liczyłem na jego walkę. Byłem bardzo ciekaw, czy Tomek zaprezentuje się na takim wysokim poziomie, jak zrobił to w Gdyni, gdzie jego występ był znakomity pod wieloma względami - i motoryki, i precyzji, i obrony. Ale cóż... do walki nie doszło, bo przeciwnik z Algierii przyjechał z 9-kilogramową nadwagą!

- Czytałem, że w 2015 roku dla uczestników ligi odbędzie się oddzielny turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich w Rio. Kto będzie mógł w nim wystartować i jak ten turniej będzie wyglądał?
KC: Też o tym słyszałem, ale nie odpowiem na to pytanie, bo nie chcę nikogo wprowadzić w błąd. Mam bardzo skromne informacje na ten temat i myślę, że to pytanie trzeba by kierować do trenera Huberta Migaczewa.

- Słyszałem, że kilka miesięcy temu na jednej ze swoich gal chciałeś stoczyć walkę w formule MMA. Niewątpliwie byłoby to ciekawe. Można powiedzieć, że byłby to precedens na skalę światową - promotor boksu i zarazem organizator gali wychodzi do ringu, gdzie sam odbywa pojedynek. Skąd taki pomysł, jak wygląda twoje przygotowanie do walk w MMA i dlaczego ostatecznie nie udało się zrealizować tego pojedynku?
KC: Pojedynek miał się odbyć na gali Fight Night w Tczewie. Miał na niej zawalczyć mój zawodnik Patryk Litkiewicz, który jest dość popularny w tym mieście oraz Maciej Skarbek - w głównej walce wieczoru. Litkiewicz dostał jednak walkę w Kanadzie, a Skarbek dwa tygodnie przed galą doznał kontuzji. W tej sytuacji odwołaliśmy imprezę. Natomiast jeżeli chodzi o moje przygotowanie, to było czysto stójkowe, bo miałem walczyć z bokserem zawodowym z Niemiec.

- Czy w przyszłości planujesz zorganizować sobie podobny pojedynek?
KC: W przyszłości chciałbym zawalczyć w MMA, ale już nie na imprezie, którą sam organizuję. Ciężko jest połączyć organizację imprezy i przygotowania do walki. To po prostu masakra! Może kiedyś, jak będę bardziej znany, KSW bądź MMA Atack zechce mnie na swojej gali. Taką walkę wziąłbym w ciemno!

- Na koniec powiedz jeszcze, jakie są twoje obecne cele jako promotora boksu.
KC: Myślę, że nasza działalność cały czas idzie do przodu. Mamy dużo kontaktów w Niemczech i jest nam coraz łatwiej. Wiemy, że dużą rolę odgrywa rekord zawodników. Patryk Litkiewicz i Marcin Cybulski podbijają je na słabszych rywalach dlatego, żeby później łatwiej było znaleźć sponsorów. Zawsze łatwiej jest to osiągnąć, kiedy na koncie ma się dziesięć zwycięstw niż w sytuacji, gdy ma się za sobą np. trzy walki zawodowe. Ale wiadomo - ten rekord można pompować do jakiegoś momentu, a później trzeba zrobić kwalifikację zawodnika - zacząć puszczać go na twardych zawodników i przekonać się, na co go stać.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 Autor komentarza: Jackass
Data: 17-12-2012 22:14:57 
Grupie życzę powodzenia ! ;)
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.