OLBRYCHSKI: CIOSY NAWET Z ŁÓŻKA

Daniel Olbrychski wspomina Jerzego Kuleja: - Chętnie obejrzałbym film o Kuleju, choć żaden polski aktor młodego pokolenia nie trenuje na poważnie boksu.

- Od lat przyjaźnił się pan z Jerzym Kulejem. Informacja o jego śmierci musiała panem wstrząsnąć.
Daniel Olbrychski: Bardzo się zasmuciłem, bo myślałem, że Jurek wyjdzie z choroby. Nie miałem jednak pojęcia, że zmagał się również z nowotworem. Dopiero czytając sobotni „Przegląd Sportowy", dowiedziałem się, że miał także raka. Odszedł niezwykły człowiek, a nie tylko wielki bokser. On potrafił barwnie opowiadać, ale również pisać. Gdy przeczytałem jego autobiografię „Dwie strony medalu", od razu spieszyłem do niego z gratulacjami, bo to wartościowa i poruszająca lektura.

- Kiedy po raz ostatni rozmawiał pan ze swoim przyjacielem?
Daniel Olbrychski: Byłem u niego w szpitalu, gdy przechodził rehabilitację. Wcześniej odwiedziłem go w zeszłym roku, bezpośrednio po tym, jak zasłabł podczas mojego benefisu. Dobrze, że byli wtedy w pobliżu lekarze, którzy uratowali mu życie. Pamiętam jak Jurek zawiesił mi na szyi replikę medalu olimpijskiego z Meksyku i powiedział: „Danek, nigdy w życiu nie byłem na deskach, a teraz trzymaj mnie". Na drugi dzień przyjechałem do szpitala. Jurek był w śpiączce farmakologicznej. Gdy później się widzieliśmy, był w dobrej formie. Leżąc w łóżku, zadawał ciosy w moim kierunku. Umawialiśmy się na sparing. Myślałem, że jeszcze wiele razy posparujemy. Niestety, z rakiem nie mógł wygrać. Widocznie tak miało być... Znaliśmy się wiele lat. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w 1966 roku na planie filmu „Małżeństwo z rozsądku". Jurek przyszedł odwiedzić Bohdana Łazukę, a ja byłem uradowany, że mogłem poznać mistrza olimpijskiego z Tokio. Już w latach 50. zafascynowałem się boksem i miałem świetny kontakt z Leszkiem Drogoszem, z którym do dzisiaj spotykam się co roku w Cetniewie.

- Wiele osób wspomina Kuleja jako wesołego człowieka.
Daniel Olbrychski: Też takiego go zapamiętam. Był pogodną osobą, bo wychowankowie Feliksa Stamma to były takie inteligentne łobuziaki. Z Jurkiem mogłem rozmawiać na każdy temat. Świetnie sobie radził w życiu. Sprawdzał się zarówno przed kamerą, grając w filmie „Przepraszam, czy tu biją?", jak i jako komentator telewizyjny.

- Często bywał pan razem z Kulejem na Balu Mistrzów Sportu. Pamięta pan jakieś zabawne historie z tym związane?
Daniel Olbrychski: Przypomina mi się bal z lat 60, podczas którego zaprosiłem do tańca jego żonę. Kiedy bawiliśmy się na parkiecie, Jurek rytmicznie klaskał. W pewnym momencie zobaczyłem, że prawą rękę zacisnął w pięść i zaczął uderzać o drugą rękę. Wyglądało to tak, jakby przygotowywał się do bójki. Skończyłem tańczyć, podszedłem do niego i powiedziałem: „Jureczku, odprowadzam Ci żonę". Wiele razy śmialiśmy się z tego. Jak sam przyznawał, pięścią zaczął uderzać nieświadomie. Całą sytuację obróciliśmy w żart.

- Wielokrotnie miał pan okazję sparować z dwukrotnym mistrzem olimpijskim. Które z tych starć utkwiło panu w pamięci szczególnie?
Daniel Olbrychski: Wciąż doskonale pamiętam, jak pięć lat temu otwierałem oficjalnie w swoim domu salkę bokserską imienia Leszka Drogosza. Zaprosiłem wtedy wielu naszych wspaniałych mistrzów. Jurek nałożył rękawice i pokazywał zbijanie lewego prostego i odpowiedź bezpośrednio prawym. Później stoczyliśmy wyrównany pojedynek. Trzy lata temu sparowaliśmy podczas spotkania z biznesmenami w hotelu Marriott. Najpierw opowiadaliśmy o tym, jak w życiu odnieść sukces, a później Jurek pokazał tarczowanie. Trzymał dużą rękawicę, w którą ja uderzałem. Chwilę później stoczyliśmy trzyminutowy sparing.

- Życie Jerzego Kuleja znakomicie nadawałoby się na scenariusz filmowy. Czy taki film fabularny może wkrótce powstać?
Daniel Olbrychski: Z chęcią bym go zobaczył. Tylko kto miałby zagrać rolę Kuleja? Nie znam żadnego polskiego aktora młodego pokolenia, który uprawia na poważnie boks. Zresztą na razie powstały w kraju tylko dwa filmy fabularne, dotyczące tej pięknej dyscypliny sportu. W jednym, czyli w „Bokserze", zagrałem mistrza olimpijskiego Mariana Kasprzyka, a drugi to wspomniany już przeze mnie „Przepraszam, czy tu biją?". Teraz mógłbym zagrać trenera, ale na Stamma się nie nadaję. Nie jestem do niego podobny.

- Wszyscy są zgodni, że Kulej był najwybitniejszym polskim bokserem w historii.
Daniel Olbrychski: Nikt z Polaków nie zdobył przecież dwóch złotych medali olimpijskich. Kilka tygodni temu oglądałem razem z Drogoszem galę boksu zawodowego i mówię Leszkowi: „Gdybyście w tamtych czasach walczyli na zawodowych ringach, bylibyście dominatorami". Leszek odpowiedział, że zwłaszcza Jurek znakomicie by sobie poradził. On był przecież typowym fighterem. Miał widowiskowy, ofensywny styl walki. Nie kalkulował, tylko szedł do przodu na wymiany, ale zawsze potrafił więcej ciosów zadać niż przyjąć. Mimo tylu stoczonych walk ani razu nie leżał na deskach.

- Kiedy w kwietniu rozmawiałem z panem Kulejem, bardzo przejmował się stanem polskiego boksu amatorskiego. Czy pan rozmawiał z nim na temat igrzysk olimpijskich w Londynie?
Daniel Olbrychski: Dyskutowaliśmy o tym, że nikt z Polaków nie zakwalifikował się do turnieju. Obydwaj się zgadzaliśmy, co jest powodem tak słabej kondycji. Kiedyś biedni chłopcy dzięki boksowi mogli wyjechać zagranicę, zdobyć popularność oraz usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego. Dlatego wielu z nich decydowało się na uprawianie tego ciężkiego sportu. Teraz możliwość dojścia do pieniędzy, czy wyjazdu zagranicznego jest dużo łatwiejsza, nie trzeba narażać zdrowia. To również przyczyna tego, że w wadze ciężkiej nie dominują już czarnoskórzy pięściarze. Chłopcy z Harlemu wybierają inne drogi dojścia do pieniędzy.

ROZMAWIAŁ LESZEK BŁAŻYŃSKI

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.