NIGDY SIĘ NIE PODDAJĘ !

Boks był przez długie lata wizytówką polskiego sportu. Nasi pięściarze regularnie zdobywali medale podczas igrzysk olimpijskich i mistrzostw Europy. Wystarczy przypomnieć nazwiska Aleksego Antkiewicza, Zygmunta Chychły, Leszka Drogosza, Zbigniewa Pietrzykowskiego, Kazimierza Paździora, Jerzego Kuleją, Józefa Grudnia, Mariana Kasprzyka czy Jana Szczepańskiego. Niestety, pozostały tylko wspomnienia. Ostatni raz na najwyższym stopniu olimpijskiego podium stanął w Montrealu (1976) Jerzy Rybicki. Po zakończeniu kariery odnosił również sukcesy jakorener, będąc oficerem Biura Ochrony Rządu dbał m.in. o bezpieczeństwo Papieża Jana Pawła II, a od dwóch lat jest prezesem Polskiego Związku Bokserskiego. Zapraszamy na rozmowę z Jerzym Rybickim, prezesem Polskiego Związku Bokserskiego.

Biją naszych

- Boks wypełnia niemal całe Pana życie. Przypuszczam jednak, że obecna rola jest najtrudniejsza, a w każdym razie najmniej wdzięczna?
Jerzy Rybicki: To prawda, przeżywamy głęboki kryzys. W okresie transformacji zlikwidowano wszystkie wiodące sekcje. Po warszawskiej Legii przyszła kolej na Igloopol Dębica, Czarnych Słupsk, Zagłębia z Lubina i Konina, Concordię Knurów, Gwarka Łęczna... Zupełnie zamiera tak bliska mi stołeczna Gwardia. Bardzo wielu zawodników zerwało ze sportem, by pracować i utrzymać rodziny. Obecnie mamy w kraju raptem około 300 seniorów. Często otrzymuję sygnały, że brakuje pieniędzy nawet na obowiązkowe badania lekarskie. Chcemy reaktywować rywalizację w lidze, ale to duża niewiadoma. Kluby i tak są biedne, a ministerstwo sportu systematycznie obcina pieniądze na boks. Urzędnicy argumentują swe decyzje brakiem międzynarodowych sukcesów i koło się zamyka. Ponadto pamiętajmy, że za granicą nie ma już słabeuszy. Po rozpadzie ZSRR powstało kilkanaście federacji, ogromne postępy zrobili Azjaci. Z rozmów, jakie przy różnych okazjach prowadzę wynika, iż niemal wszędzie czołowi pięściarze amatorscy mają zapewnione lepsze warunki  iż w Polsce. Są policjantami bądź żandarmami, nie stoją "na bramce" w dyskotekach. Mimo tych przeciwności nie poddaję się. Mam nadzieję, że na najbliższych igrzyskach w Londynie nasz reprezentant znów wywalczy medal. Ten pierwszy olimpijski zdobył przecież właśnie w stolicy Wielkiej Brytanii Aleksy Antkie-wicz. Jeszcze w 1948 roku.

- Z kolei ostatni zawdzięczamy Wojciechowi Bartnikowi, który sięgnął w Barcelonie po brąz w kategorii półciężkiej. Pan stał wówczas w jego narożniku...
JR: Trudno uwierzyć, że minęło już ponad osiemnaście lat. W ćwierćfinale Wojtek pokonał słynnego Kubań-czyka Angela Espinosę i sądziłem, że powalczy o złoto. Jednak później minimalnie przegrał na punkty z Niemcem Torstenem Mayem. Tak przynajmniej orzekli sędziowie. W następnym sezonie Jacek Bielski został mistrzem, a Robert Ciba - wicemistrzem Europy. Moi podopieczni wywalczyli w sumie 11 medali podczas najbardziej prestiżowych turniejów. Obecniev powody do radości przysparzają nam głównie kobiety, z Karoliną Michalczuk na czele, oraz młodzieżowcy.

Zaczynał u Komudy

- Przypomnijmy, w jakich okolicznościach młody Jurek Rybicki trafił w ogóle na ring?
JR: Ojciec był wielkim fanem boksu, zwykle zabierał mnie na derby Warszawy do Hali Mirowskiej. O wszystkim zadecydował jednak przypadek. Któregoś dnia kolega, który już od roku trenował w klubie, przyniósł na podwórko prawdziwe rękawice. Założyłem je i nie dałem się pobić. "O, niezły jesteś!" - usłyszałem pochwały. Wkrótce znalazłem się w grupie juniorów prowadzonej w Gwardii przez Antoniego Komudę, który po kilku zajęciach pobiegł pochwalić się działaczom, że ma fajnego chłopaka. Następnie trafiłem pod opiekę Michała Szczepana. Byłem wysoki, szczupły, początkowo ważyłem tylko 56 kilogramów. Dlatego unikałem bijatyk, starałem się wykorzystywać długie ręce i niezłą technikę. Pierwszy znaczący sukces odniosłem w Sosnowcu, zdobywając tytuł mistrza Polski juniorów. Następnie okazałem się też najlepszy w Warszawie, a mając 19 lat zadebiutowałem w reprezentacji Polski.

- No i został Pan najmłodszym mistrzem olimpijskim w dziejach polskiego boksu...
JR: Rzeczywiście, podczas igrzysk w Montrealu miałem dopiero 23 lata. Jednak rok wcześniej mój występ w Kanadzie stanął pod dużym znakiem zapytania. Otóż, byliśmy na obozie w Wiśle i nagle zaczął mi dokuczać silny ból w lewej ręce. Trenerzy nalegali jednak, bym wyszedł na ring w meczu z NRD. Zbuntowałem się i wyjechałem bez pożegnania. Zrobił się straszny szum, groziła mi dyskwalifikacja. Ale kiedy konieczny okazał się natychmiastowy zabieg chirurgiczny - emocje opadły. Pamiętam, że już na sali operacyjnej doktor Jerzy Moskwa, długoletni opiekun kadry bokserów, założył się z innym lekarzem o butelkę koniaku, że zdobędę na igrzyskach złoty medal.

- Mazurek w Kanadzie Która walka na ringu w Montrealu była najtrudniejsza?
JR: W finale wagi lekkośredniej zwyciężyłem jednogłośnie Jugosłowianina Tadiję Kacara, ale wcześniej stoczyłem dramatyczny bój z Wiktorem Sawczenką. W drugiej rundzie ja byłem liczony, w trzeciej mój rywal. Przypomnę, że zawodnik ZSRR słynął z nokautującego ciosu. Dwa lata później - na mistrzostwach świata w Belgradzie - przekonałem się o tym najbardziej dotkliwie. Jedyny raz w karierze zostałem wtedy znokautowany, i to ciężko. Dlatego, kiedy w półfinale igrzysk w Moskwie (1980) ponownie wpadłem na Saw-czenkę - trener Szczepan, niczym troskliwy ojciec, radził mi w przeddzień, bym pod jakimś pretekstem zrezygnował. Wątpliwości nie krył również prezes związku Witold Sienkiewicz. Ja jednak nie zamierzałem uciekać, a otuchy przez telefon dodała mi jeszcze żona. Wyszedłem na ring i stoczyłem jeden z najlepszych pojedynków w karierze. Prawie wszystkie moje ciosy dochodziły celu, w miarę upływu czasu przeciwnik wyraźnie "pływał". Prowadziłem wysoko na punkty i chciałem nawet zakończyć walkę przed czasem. Niestety, kiedy do ostatniego gongu brakowało niespełna minuty - zderzyliśmy się przypadkowo głowami. Z rozciętego łuku brwiowego i czoła popłynęła krew, lekarz odesłał mnie do narożnika. A szczęście było tak blisko! Ostatecznie zamiast złotego medalu przywiozłem do Warszawy tylko brązowy.

Mimo to czułem dużą satysfakcję. Ba, zacząłem nawet myśleć o zakończeniu kariery. Studiowałem na bielańskiej AWF i tylko rok dzielił mnie od dyplomu. Uległem jednak namowom klubowych działaczy i dalej walczyłem. Coraz częściej brakowało mi już jednak motywacji. Niepotrzebnie zgodziłem się też opuścić szpitalne łóżko i wystąpić bez przygotowania w meczu z Legią przeciwko Henrykowi Petrichowi. Byłem
osłabiony, przegrałem na punkty. Nie tak wyobrażałem sobie zakończenie kariery.

Obraz od Sawczenki

- Wróćmy jeszcze do Sawczenki. Ponoć spotykał go Pan później w innych okolicznościach?
JR: Owszem. Najpierw mieliśmy okazję porozmawiać w Kijowie, z kolei w październiku 2009 roku Wiktor odwiedził mnie niespodziewanie w stolicy. Przywiózł piękny pejzaż z dedykacją, który wisi teraz w moim gabinecie w siedzibie związku. Ostatni raz widzieliśmy się kilka miesięcy temu, przy okazji mistrzostw świata kobiet na Barbadosie. Sawczenko zaprosił mnie na swoje urodziny. Jednak przy wznoszeniu kolejnych toastów zauważyłem, iż w tej "dyscyplinie" nie miałbym z nim żadnych szans. Sam nigdy nie nadużywałem alkoholu.

- Coraz częściej pojawiają się opinie, że boks w wydaniu amatorskim długo nie przetrwa. Co Pan o tym sądzi?
JR: Nie jestem aż takim pesymistą. We władzach AIBA znaleźli się obecnie ludzie pełni inicjatywy, którzy chcą reformować dyscyplinę. Planowane są rewolucyjne zmiany w punktowaniu. Każdy sędzia będzie odpowiadał za siebie, znikną werdykty 2:1 bądź 3:4. Dotychczas, by cios został zaliczony, przynajmniej trzech z pięciu arbitrów musiało jednocześnie zareagować i włączyć przycisk. Ponadto - na razie tytułem eksperymentu - wprowadzone zostaną 5-rundowe walki, do których pięściarze będą przystępować bez kasków i koszulek. Generalnie uważam, że kontrakt zawodowy powinien być poprzedzony sukcesami na ringu amatorskim. Dlatego wciąż mam żal do Andrzeja Gmitruka, który parę miesięcy przed igrzyskami w Sydney skusił Tomasza Adamka. Gdyby wywalczył w Australii medal olimpijski - jego profesjonalna kariera mogłaby potoczyć się znacznie szybciej. Dotyczy to także Macieja Zegana.

Blisko Jana Pawła II

- Na zakończenie zmieńmy nieco wątek naszej rozmowy. Kiedy w czerwcu 1999 roku Papież Jan Paweł II odbywał swą najdłuższą pielgrzymkę po Polsce, kamery telewizyjne kilkakrotnie pokazywały Pana w Jego
najbliższym otoczeniu...
JR: Towarzyszyłem Ojcu Świętemu na cmentarzu w Radzyminie, podczas wycieczki po Wigrach, w klasztorze klarysek pod Nowym Sączem... Bywało, że przez całą dobę. Niekiedy ciarki przechodziły po plecach, w oczach Jana Pawła II można było bowiem odczytać Jego myśli. To niezapomniane przeżycia. Zawdzięczam je głównie generałowi Mirosławowi Gaworowi, który namówił mnie do pracy w BOR, gdy przestałem być trenerem reprezentacji. Początkowo prowadziłem zajęcia z innymi oficerami, którzy imponowali sprawnością fizyczną również na ringu. Gdyby wszyscy nasi pięściarze mieli podobny zapał...

Rozmawiał Janusz Michałek, Magazyn Olimpijski, zdjęcia: Mariusz Serafin

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 Autor komentarza: mma
Data: 14-01-2011 16:32:31 
Ciekawe zmiany zapowiadają. Może wreszcie boks amatorski (znów) zacznie się róznić od floretu czy szpady.

Rybicki i Sawczenko to było coś!
Na podwórku, zanim się weszło miedzy krawężniki piaskownicy, toczyło się najpierw regularne boje o to, kto będzie się w tym "ringu" nazywał Rybicki, a kto Sawczenko. Można powiedzieć, że karty tych gal były bogate :D
 Autor komentarza: am26
Data: 14-01-2011 16:41:19 
Poprawcie tylko tą literówke na końcu wywiadu.
 Autor komentarza: mma
Data: 14-01-2011 16:46:30 
am26

TĘ literówkę, jeśli już
 Autor komentarza: am26
Data: 14-01-2011 16:56:35 
zajrzyj do slownika, potem pouczaj. "tę" również jest dopuszczalną formą. A co do literówki to wiedziałem że jest już z błędem, nie chciało mi się po prostu wracać ipoprawiać.
 Autor komentarza: robinson85
Data: 14-01-2011 21:31:48 
Jak zostane milionerem to na pewno będe sponsorował młodych chłopaków:) tak kocham ten sport, mimo, że nigdy nie miałem rękawic założonych! uwielbiam tych ludzi którzy wchodzą do ringu, nie ważne czy wygra czy przegra...ważne, że wchodzi do klatki!
 Autor komentarza: lutonadam
Data: 14-01-2011 23:12:21 
Świetny zawodnik,niestety gorszy Prezes PZB !
 Autor komentarza: PiotrusWiper
Data: 14-01-2011 23:13:15 
robinson to co napisałeś jest szalone!
 Autor komentarza: Wojak1
Data: 15-01-2011 08:28:44 
To Tak Jako Zawodnik Oceniam Na 12 W skali Do 10 Ale Jako Prezes Oceniam na -2 W skali Również do 10 Panie Kusior Wraca Pan!!!!!! Panie Rybicki Nie robi Pan sobie wstydu i odejdzie z Krzesełka Rozwali Pan Boks tak samo jak rozwalił pan Gwardie Nie Wypłacane Pieniadze zawodnikom nawet po 3000 tysiace tak nie mozna i dług za prad siegajacy 100 tysiecy złoty to jest chyba najwazniejsze co trzeba powiedziec...na pana temat
 Autor komentarza: ross
Data: 15-01-2011 13:52:29 
Pan Rybicki uwielbia opowiadać jakim to nie był zawodnikiem i później trenerem. I słusznie, ma duże zasługi na tym polu, ale na tym powinien poprzestać. To, co robi jako prezes woła o pomstę do nieba! Ten człowiek nie ma zielonego pojęcia o zarządzaniu i tylko biadoli, jak to w innych krajach zawodnicy zarabiają na boksie i związki działają prężnie. A jak można było dostać duże dotacje od AIBY dla biednych związków to nie wysłał nawet podania,bo "nie będziemy z siebie dziadów robić". No tak, najlepiej umieszczać na stronie prośby o sponsoring i czekać, aż pieniądze same przyjdą.
Kusior musi wrócić :)
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.