Wczoraj we francuskiej miejscowości Chanteloup-les-Vignes rozpoczął się pierwszy dzień rywalizacji w turnieju międzynarodowym pięściarek. Na dwóch ringach wystąpiło ponad sto zawodniczek, między innymi z Francji, Grecji, Australii, Gwadelupy, Tunezji, Maroka, Niemiec czy Szwecji. W turnieju obowiązuje system rywalizacji "każdy z każdym" (przegrany nie odpada). Dotychczasowy występ naszej reprezentacji można uznać za udany. Większość z nich wygrała swoje pojedynki. Zwycięstwa odniosły:
1. 48kg (Seniorka) Sandra Brodacka - Sekaf Leila 25:21
2. 57kg (Juniorka) Paulina Jakubczyk - Drout Sonia 18:9
3. 57kg (Juniorka) Justyna Żełobowska - Graindor Cindy 2r RSC
4. 64kg (Seniorka) Beata Koroniecka - Guassemi Rafi 3r AB
5. 69kg (Seniorka) Katarzyna Cichosz - Otea Daniella 3r RSC
6. 69kg (Seniorka) Paulina Borysiewicz - Bridonneau 3r RSC
Swoje walki przegrały:
1. 54kg (Seniorka) Martyna Letkiewicz - Chebli Linnda 15:17
2. 54kg (Juniorka) Laura Grzyb - Leconte Pauline (mistrzyni Europy kadetek z 2010 roku, Polka przegrała po zaciętej walce)
3. 75kg (Juniorka) Patrycja Woronowicz - Lukas Esteffe 12:14
Kolejne doniesienia z Chanteloup-les-Vignes już wkrótce na Bokser.org.
Promotor Lou DiBella wyjawił, że ma za sobą wstępne rozmowy z przedstawicielami Floyda Mayweathera Juniora (42-0, 26 KO) i jego zdaniem szanse na pojedynek niepokonanego Amerykanina z Sergio Gabrielem Martinezem (48-2-2, 27 KO) będą całkiem spore, gdy ostatecznie zerwane zostaną negocjacje z obozem Manny'ego Pacquiao (54-3-2, 38 KO).
DiBella ma dobry kontakt z managerem Floyda - Alem Haymonem, który zajmuje się także pięściarzami ze stajni Lou (wśród nich są Andre Berto i Jermain Taylor). Gdyby 5 maja w Las Vegas miało dojść do starcia Mayweather-Martinez, zainteresowane strony musiałyby ustalić umowny limit w okolicach 155 funtów.
- Jeżeli odpadnie kandydatura Pacquiao, a to jeszcze nie nastąpiło, ludzie Mayweathera wezmą pod uwagę Sergio Martineza - oświadczył DiBella.
Mistrz świata federacji IBF w wadze super średniej, Lucian Bute (30-0, 24 KO), już nie może się doczekać finału turnieju Super Six i nie ukrywa, że chętnie zmierzy się z jego tryumfatorem. Rumun zapowiedział, że będzie obecny na gali w Atlantic City i z odległości kilku metrów obejrzy pojedynek pomiędzy Andre Wardem (24-0, 13 KO) a Carlem Frochem (28-1, 20 KO). Choć faworytem jest niepokonany Amerykanin, Bute liczy na zwycięstwo Brytyjczyka...
- Ward ma większe szanse ze względu na umiejętności, szybkość i pracę nóg, ale jeden cios może wszystko zmienić. Chcę, żeby Carl Froch wygrał tę walkę. To dla mnie sprawa osobista, lecz wiem, że będzie mu dziś trudno - oświadczył 'Le Tombeur'. - Nie jestem zdziwiony tym, że Froch opowiada różne bzdury na mój temat. To się skończy, kiedy rozprawię się z nim w ringu. Kiedy dojdzie do naszej walki, zniszczę go.
W walce wieczoru na gali w pustawej hali Boardwalk Hall w Atlantic City, Andre Ward (25-0, 13 KO) wypunktował Carla Frocha (28-2, 20 KO) w finale Super Six i zunifikował tytuły WBA Super oraz WBC w kategorii super średniej. Wszyscy sędziowie wskazali na Amerykanina - dwóch wytypowało jego wygraną w stosunku 115-113, a trzeci arbiter punktował 118-110 i właśnie ten wynik najlepiej oddaje przebieg pojedynku (nawet brytyjscy komenatorzy widzieli wyraźne zwycięstwo Warda).
Ward rozpoczął bardzo pasywnie. Atakował Froch, jednak celniej bił Amerykanin. Już w pierwszej rundzie wyraźnie widać przewagę umiejętności Andre, który dzięki zdecydowanie lepszej koordynacji łatwo unika obszernych sierpów Brytyjczyka. Dobre lewe proste z obu stron. Ward nastawia się na kontrujący lewy sierpowy, którym kilka razy studzi zapędy nacierającego Frocha. Podobnie jak w pojedynku z Dirrellem, 'Kobra' ma duże problemy z lokowaniem czystych ciosów na szczęce rywala, trafia za to na korpus.
W pierwszych trzech rundach nieco lepsze wrażenie sprawia Ward, ale trudno mówić o dominacji, bo 'Kobra' nie zraża się nieskutecznymi atakami i ciągle wywiera na nim presję. Póki co punktowanie rund to kwestia smaku sędziów. Bardzo dobra czwarta odsłona. Zawodnicy w końcu wdają się w ostre wymiany, w których częściej i czyściej trafia Amerykanin. Froch zaczyna tracić cierpliwość, ale wciąż nie może doprowadzić do celu innych ciosów, niż lewe proste. W końcówce w końcu udaje mu się trafić, ale może to nie wystarczyć na wygranie całej rundy.
Po wyrównanej piątej odsłonie, w szóstej wyraźnie lepszy był 'S.O.G.', który kilka razy trafiał mocno sierpami. W końcówce Ward wpuścił Frocha w liny i przeszedł do półdystansu, w którym zasypał Brytyjczyka serią ciosów. Froch bardzo agresywny w pierwszej minucie siódmej rundy, ale potem starcie się wyrównuje i prawdopodobnie sędziowie zapiszą je na konto Amerykanina, który lepiej finiszuje. Dotychczas Ward obnaża wszelkie braki w technice 'Kobry'. Brytyjczyk walczy bardzo ambitnie, ale wydaje się, że jest coraz bardziej zmęczony. Sfrustrowany Froch strzela prawym sierpem wyraźnie po gongu, ale sędzia ringowy Steve Smoger przymyka na to oko i odsyła go do narożnika. Ważniejszy jest tutaj fakt, że ten czysty cios nie robi żadnego wrażenia na 'S.O.G.'.
W dziewiątym starciu Ward zmienia pozycję i nastawia się na lewy sierpowy. Andre spycha rywala na liny i tam zasypuje ciosami z obu rąk. Froch odpowiada uderzeniami w tył głowy. Dziesiąta runda bardzo wyrównana. Froch jest bardziej agresywny, często trafia lewym prostym, ale w półdystansie przyjmuje czyste sierpy na głowę. Trudna do punktowania odsłona. Po dziesięciu starciach na pewno prowadzi Ward, a 'Kobra' prawdopodobnie potrzebuje nokautu. W jedenastej odsłonie 'S.O.G'. zdaje się mieć mały kryzys kondycyjny, ale w odpowiednich momentach atakuje i trafia, dzięki czemu być może nawet ta gorsza runda zostanie zapisana na jego konto. Narożnik Frocha przypomina mu, że zapowiadał nokaut. Brytyjczyk wychodzi do ostatniego starcia bardzo zmotywowany.
Froch stawia wszystko na jedną kartę i ostro atakuje, ale Ward robi, co do niego należy i unika otwartej walki, broniąc korzystnego wyniku. Carl strzela zamachowymi cepami, ale takie ciosy nie mogą znokautować Warda, który celnie kontruje. Froch ciągle w natarciu, ale prawie w ogóle nie trafia, więc nawet tę odsłonę ciężko będzie mu przyznać. Po ostatnim gongu pewny zwycięstwa Ward wraca do narożnika ze spokojem w oczach, ale czeka z wybuchem radości na oficjalny werdykt. Brytyjczyk skarży się na rozległe bóle i daje do zrozumienia, że złamał nos.
W ringu Carl Froch (28-2, 20 KO) nie spełnił żadnej z buńczucznych zapowiedzi i dostał lekcję boksu od zdecydowanie lepiej wyszkolonego Andre Warda (25-0, 13 KO), ale należy mu przyznać, że druga w karierze porażka nauczyła go, że szukanie winnych wśród wszystkich dookoła nie jest dobrym rozwiązaniem. Tym razem 'Kobra' przyjął klęskę jak mężczyzna i wypowiada się o swoim pogromcy w samych superlatywach.
- Walczył bardzo ostrożnie i był niesamowicie 'śliski'. W defensywie Ward przypomina nieco Floyda Mayweathera. Andre nie ma mocnego ciosu, ale jest silny fizycznie - przyznaje Froch. - Wyraźnie przegrałem, bo był ode mnie lepszy. Jestem zdruzgotany.
Bardzo dużą niespodziankę sprawił Cornelius White (18-1, 15 KO), który na dystansie sześciu rund gładko wypunktował faworyzowanego Yordanisa Despaigne (9-2, 4 KO). Ta wpadka będzie drogo kosztować Kubańczyka, który w przypadku zwycięstwa 2 lutego stoczyłby w Las Vegas rewanżowy pojedynek z 'Panterą' Mirandą. Despaigne był dziś w fatalnej formie i w niczym nie przypominał boksera, który w lipcu tak dobrze radził sobie z kolumbijskim puncherem i przekonał część ekspertów, że może nieźle namieszać w czołówce kategorii do 175 funtów.
Wcześniej dwukrotny pretendent do tytułu mistrza świata, Edison Miranda (35-6, 30 KO), spełnił swoją część umowy i udowodnił, że w limicie wagi półciężkiej nadal ma czym uderzyć, pokonując przez techniczny nokaut w piątym starciu Kariza Kariuki (24-10-2, 19 KO). Kolumbijczyk, którego życiorys nadaje się na hollywódzką produkcję, ranił swego przeciwnika każdym czystym ciosem, ale sam również sporo przyjmował. W piątej rundzie Kariuki padł na deski, a chwilę później sędzia ringowy musiał ratować go przed ciężkim nokautem z rąk 'Pantery'.
Pojedynki dwóch puncherów rzadko rozgrywają się na pełnym dystansie, jednak tak zdarzyło się dzisiaj w Boardwalk Hall. Potężnie zbudowany Bowie Toupou (22-1, 16 KO) po dziesięciu rundach pokonał jednogłośnie na punkty Donnella Holmesa (33-2-2, 29 KO). O wyniku walki zadecydował nokdaun z siódmej rundy. Ostatecznie Toupou wygrał 95-94, 96-93 i 95-94.
We wczorajszym finale wielkiego turnieju "Super Six" kategorii super średniej organizowanego przez telewizję Showtime Andre Ward (25-0, 13 KO) pewnie pokonał 34-letniego Carla Frocha (28-2, 20 KO) dokładając do swoich trofeów tytuł WBC. Brytyjczyk po werdykcie nie miał pretensji do sędziów i słusznie, ponieważ statystyki potwierdzają dominację Amerykanina.
Mimo, że Froch był bardziej aktywny na przekroju całego pojedynku wyprowadzając ponad sto ciosów więcej, nie popisał się precyzją. Ważnym elementem wczorajszego pojedynku były ciosy zadane przednią ręką - "S.O.G" trafiał nimi ponad dwukrotnie częściej. Poniżej przedstawiamy dokładne statystyki z wielkiego finału:
Wszystkie ciosy:
Ward – 243 z 573 (42 %)
Froch – 156 z 683 (23 %)
Ciosy proste przednią ręką:
Ward – 107 z 252 (42 %)
Froch – 47 z 250 (19 %)
Ciosy mocne:
Ward – 136 z 321 (42 %)
Froch – 109 z 433 (25 %)
Podczas dzisiejszej gali Skok Wołomin Boxing Show III kolejne zwycięstwo zanotował olsztynianiń Przemysław Opalach (7-0, 6 KO). Jego przeciwnik, 25-letni Tom Reiche (11-6, 5 KO) nie zdołał wytrwać całego dystansu, a walka zakończyła się w trzeciej rundzie.
Pierwsza runda miała charakter rozpoznawczy, jednak już w drugiej odsłonie Opalach wstrząsnął rywala prawym krzyżowym, jednak 25-letni Niemiec zdołał wytrwać do końca bez liczenia. Noszący ringowy przydomek "Playboy" olsztynianin wykończył swojego przeciwnika w trzeciej rundzie hakiem na wątrobę. Reiche przyklęknął, a jego narożnik rzucił ręcznik poddając swojego zawodnika.
Wczoraj w Kijowie Maksim Bursak (24-0-1, 10 KO) bez większych kłopotów poradził sobie z Laatekwei Hammondem (18-6, 11 KO). 27-letni Ukrainiec znokautował rywala w trzeciej rundzie i obronił tytuł interkontynentalnego mistrza federacji WBO w wadze średniej.
31-letni Ghanijczyk na deskach leżał już w pierwszej rundzie. Zdołał się podnieść, ale to był dopiero początek nieprzyjemności. W kolejnej odsłonie Bursak posłał rywala na matę ringu po bardzo mocnym uderzeniem z prawej ręki. Hammond jakimś cudem wytrzymał do końca rundy, ale po kolejnym ciosie z prawej ręki w trzeciej rundzie i nokdaunie nierówną walkę przerwał sędzia.
Jak zapowiadali promotorzy Bursaka z K2 Ukraine, walka z Hammondem miała być dla niego nieoficjalnym eliminatorem do potyczki z mistrzem świata WBO, Rosjaninem Dmitrijem Pirogiem (19-0, 15 KO).
W walkach poprzedzających wydarzenie wieczoru podczas kijowskiej gali były mistrz świata WBA w wadze półśredniej Jurij Nużnienko (31-2-1, 14 KO) wypunktował na dystansie ośmiu rund Adhama Nazarowa (4-5, 2 KO), a występujący w tej samej kategorii Wiktor Płotnikow (27-1, 13 KO) wygrał przez TKO w 8. rundzie z Michaiłem Khutsiszwili (19-16-3, 5 KO).
Od kilkunastu dni, a w zasadzie od momentu znokautowania Danny'ego Greena, wielki mistrz kategorii półciężkiej - Antonio Tarver (29-6, 20 KO), coraz częściej wymawia nazwisko Krzysztofa Włodarczyka (46-2-1, 33 KO) jako potencjalnego rywala w niedalekiej przyszłości. Tym razem "Magik" skomentował walkę "Diablo" z Australijczykiem i jego zwycięstwo w jedenastej rundzie po firmowym lewym sierpowym. Pomimo efektownego nokautu nasz rodak nie zostawił na byłym pogromcy Roya Jonesa Juniora najlepszego wrażenia.
- Jeśli spojrzy się na moją historię i poprzednie walki, to rywale jacy ze mną się mierzyli, po pojedynku ze mną już nigdy potem nie byli tymi samymi bokserami co wcześniej. Roy Jones, Montell Griffin, Chris Johnson, Reggie Johnson, Lincoln Carter czy Eric Harding, oni wszyscy zostali przeze mnie złamani i nie byli już tacy jak wcześniej. Dlatego choć Włodarczyk walczył nieźle, to nie byłem mocno zdziwiony faktem, że Green został znokautowany. Zaskoczył mnie natomiast fakt, iż do czasu nokautu Danny wygrywał na punkty. Chciałbym więc się spotkać z Włodarczykiem i znokautować go tak samo jak wcześniej znokautowałem Greena, który z kolei znokautował Roya Jonesa. Pokonam przed czasem każdego zawodnika kategorii cruiser, ponieważ wątpię by ktokolwiek z tej dywizji byłby w stanie przeciwstawić się mojej sile przez pełne dwanaście rund - powiedział jak zwykle mało skromny Tarver.
Zwycięzca turnieju Super Six wagi super średniej, mistrz świata WBA i WBC Andre Ward (25-0, 13 KO) zdominował Carla Frocha (28-2, 21 KO) i potwierdził swoją niezwykłą wszechstronność i bokserską inteligencję. Brytyjczyk nie miał wiele do powiedzenia, ale nie oddał pasa bez walki, do końca próbując znokautować swojego przeciwnika. Czy zwycięstwo ''S.O.G.'' oznacza początek jego długiego panowania? Z pewnością Ward awansuje teraz w rankingach P4P, natomiast w przyszłym roku prawdopodobnie czekają nas kolejne pojedynki o wielką stawkę z udziałem zawodnika, który po zakończeniu kariery przez Floyda Mayweathera Juniora (42-0, 26 KO) może stać się najlepszym amerykańskim pięściarzem i walczyć o miano najlepszego na świecie bez podziału na kategorie.
Zgodnie z oczekiwaniami, Andre Ward (25-0, 13 KO) obnażył wczoraj wszystkie techniczne braki Carla Frocha (28-2, 20 KO) i pokonał Brytyjczyka jednogłośnie na punkty w finale Super Six, unifikując w ten sposób tytuły mistrza świata federacji WBA Super oraz WBC, a także dokładając do kolekcji bardzo prestiżowy pas magazynu The Ring.
Choć dwaj sędziowie punktowali 115-113 (trzeci 118-110), zdecydowana większość ekspertów, w tym również brytyjscy, zgadzają się, że wczorajszą walkę Amerykanin wygrał bardzo wyraźnie. Ward miał przewagę w każdym aspekcie bokserskiego rzemiosła i nie dawał się trafiać słabszemu technicznie, kiepsko skoordynowanemu i zdecydowanie wolniejszemu przeciwnikowi.
- Od razu zdziwiło mnie to, że Froch jest tak wolny. Trafiałem go prawie każdym ciosem. Nieźle radził sobie w walce z Andre Dirrellem, więc pomyślałem, że z jego szybkością nie będzie tak źle, ale był strasznie powolny. Nie można wygrać na punkty, wystawiając szczękę na ciosy. Kiedy tak walczysz, musisz wiedzieć, że będziesz obrywał. Przez cały czas byłem skupiony, nie podpalałem się i pewnie zwyciężyłem - oświadczył 'S.O.G.'.
Nikomu nie znany Filipińczyk Weng Haya (14-5, 8 KO) był bliski sensacyjnego zwycięstwa w walce wieczoru na gali w Ciudad Obregon. 22-latek w pierwszych dwóch rundach toczył zacięty bój z faworyzowanym Orlando Salido (37-11-2, 24 KO), by w końcówce trzeciej odsłony ściąć Meksykanina z nóg potężnym lewym sierpowym. Publiczność zamarła, ale 'Siri' zdołał powstać i został wyratowany przez gong.
Na początku czwartego starcia Weng znowu złapał Salido i mistrz świata po raz drugi był liczony. Wtedy dało o sobie znać jego doświadczenie oraz serce do walki - niesiony dopingiem publiczności lokalny bohater przetrwał te trudne chwile i powrócił do gry w piątej odsłonie. Od tego momentu 'Siri' zaczął dominować i ostatecznie wygrał przez TKO w ósmej rundzie.
Podczas dzisiejszej gali boksu zawodowego w ukraińskim Zaporożu Avtandil Khurtsidze (27-2-2, 16 KO) po bardzo zaciętym pojedynku pokonał Ossie'ego Durana (26-10-2, 10 KO). Werdykt sędziowski był bardzo bliski remisu - punktowano rezultaty 114:114 oraz 115:113 i 114:113 na korzyść Gruzina.
W ciągu pierwszych trzech rund przewagę miał 34-letni bokser z Ghany. W trzeciej odsłonie Khurtsidze był liczony, jednak nie był w mocno kryzysowej sytuacji. W kolejnej rundzie Gruzin w końcu zaczął trafiać, a w piątej jego dominacja nie podlegała już dyskusji. Druga część pojedynku była bardzo wyrównana, być może z niewielką przewagą Khurtsidze. 32-letni bokser o ringowym pseudonimie "Tornado" kilka razy wstrząsnął głową rywala z New Jersey mocnymi uderzeniami.
Khurtsidze to pogromca Mariusza Cendrowskiego z marca bieżącego roku. W Tbilisi Polak i boksujący u siebie Avtandil walczyli o pas mistrza świata federacji IBO w wadze średniej. Na punkty wyraźnie wygrał gospodarz, który później pasa IBO już nie bronił. Dzięki dzisiejszej wygranej nad Duranem Khurtsidze zdobył wakujący pas WBC Silver.
Podczas dzisiejszej gali w Wołominie powracający po porażce z Robertem Świerzbińskim oraz kontrowersyjnej przegranej z Danielem Urbańskim Ismail Tobojew (6-2-1, 3 KO) pokonał niebezpiecznego Nigeryjczyka, Anthony Ukeha (6-7-2, 2 KO). Przed walką wielu kibiców uważało, że walka z dobrze znanym polskim kibicom Ukehem może okazać się zgubna dla powracającego Ismaila, jednak jak widać trener Łukasz Landowski wiedział co robi puszczając swojego zawodnika na byłego pogromcę Sławomira Ziemlewicza.
Początek należał zdecydowanie do Ingusza, jednak w trzeciej odsłonie Nigeryjczyk zaczął dobrze operować ciosami prostymi co widocznie nie odpowiadało podopiecznemu trenera Landowskiego. Tebojew powrócił już w następnym starciu boksując w swoim stylu - ofensywnie, bijąc dużo ciosów, które jednak nie robiły większego wrażenia na Ukehu. Piątą rundę można spokojnie zapisać na konto przyjezdnego zawodnika ze względu na dużo większą aktywność. W ostatniej odsłonie kibice mieli na co popatrzeć, obaj zawodnicy wymieniali ciężkie ciosy praktycznie przez całe 3 minuty próbując skończyć pojedynek przed czasem. Po walce sędzia ogłosił zwycięstwo Tebojewa w stosunku 59:56.
Niepokonany
Kell Brook (26-0, 18 KO) może mówić o sporym pechu. 25-letni Brytyjczyk postawił sobie za cel efektowne znokautowanie Luisa Galarzy (17-3, 13 KO) w amerykańskim debiucie, lecz nie pierwszy raz w spełnieniu założenia przeszkodził mu sędzia ringowy, który odrobinę pospieszył się z przerwaniem walki i w połowie piątej rundy uratował rozbijanego Portorykańczyka, gdy ten stał jeszcze na nogach.
Brook dominował od pierwszej odsłony i szybko stało się jasne, że jego przeciwnik nie dotrwa do ostatniego gongu. 'Special K' z zimną krwią wyszukiwał luk w gardzie przeciwnika i trafiał ciosami z obu rąk. Dobrze operował lewym prostym, ale największe spostoszenie siał jego lewy sierp oraz prawy krzyżowy. Sprawdzały się także ciosy podbródkowe i uderzenia na tułów. Brytyjczyk mógł zakończyć walkę wcześniej, lecz najwyraźniej czekał na odpowiedni moment, by efektownie znokautować Galarzę i... po raz kolejny naraził się kibicom, w których pamięci utrwala się obraz pięściarza wygrywającego przed czasem dzięki pomocy sędziów ringowych. Trudno szukać winy u bardzo dobrze boksującego Brooka, pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w następnych walkach Brytyjczyk będzie bardziej agresywny i szybciej zaryzykuje otwarty atak kończący.
W głównym wydarzeniu IV Praskiej Gali Boksu, która odbyła się wczoraj wieczorem w Warszawie, Michał Starbała (5-0, 0 KO) wypunktował na dystansie czterech rund Białorusina Dzianisa Makara (2-5-1, 2 KO). Pojedynek toczył się w dobrym tempie, a 29-letni Polakowi zabrakło niewiele, aby skończyć go przed czasem. W czwartej rundzie Makar leżał na deskach, ale zdołał dotrwać do ostatniego gongu. Kilka chwil po ogłoszeniu jednogłośnej decyzji sędziów punktowych rozmawialiśmy z występującym w wadze super średniej "Azazelem".

Dziś w Nowym Jorku odbyła się uroczystość przyznania statuetek Ring 8 i podsumowania bokserskich wydarzeń 2011 roku w stanie Nowy Jork. Za szczególne osiągnięcia uhonorowany został Tomasz Adamek (44-2, 28 KO), a promotorem roku został współpracujący z nim Ziggy Rozalski. W innej kategorii zwyciężył Paweł Wolak (29-2-1, 19 KO), którego lipcowy, remisowy pojedynek z Delvinem Rodriguezem został uznany za najciekawszy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.
W Radomiu trwa mecz towarzyski pomiędzy gospodarzami - drużyną Broni a lubelskim Olimpem. Zapraszamy do śledzenia poczynań pięściarzy dzięki naszej transmisji z miejsca zawodów. W pojedynku wieczoru wystąpią Michał Cieślak i Bartłomiej Krasuski.
W walce wieczoru Wołomińskiego Boxing Show III Krzysztof Cieślak (18-2, 5 KO) po ciekawym pojedynku pokonał byłego przeciwnika Krzysztofa Szota, Gruzina Bekę Sadjaię (27-16-1, 9 KO). Była to druga wygrana "Skorpiona" od czasu przegranej z Dariuszem Snarskim na gali w Białymstoku dokładnie rok temu.
Polak od pierwszej rundy był bardziej aktywny od swojego oponenta, a jego ciosy robiły większe wrażenie. Czwarta runda była najlepszą w wykonaniu "Skorpiona", który zasypywał Gruzina ciosami sierpowymi z obu rąk co wróżyło wygraną przed czasem. Kolejne rundy pięściarz z Wołomina również mógł zapisać na swoje konto dzięki większej aktywności i precyzji, a dopiero w ostatniej, ósmej odsłonie Sadjaia postawił wszystko na jedną kartę i zaatakował, jednak Cieślak mądrze unikał otwartej walki. Sędzia punktujący pojedynek ogłosił wynik w stosunku 78:75 dla Polaka.
Złoty medalista olimpijski z Sydney (2000), Audley Harrison (27-5, 20 KO) wciąż szuka dużych walk, nie przejmując się negatywnymi, często obraźliwymi komentarzami pod swoim adresem, których pełne są bokserskie portale. Od czasu kompromitującej porażki z Davidem Hayem w listopadzie 2010 roku, Harrison nie stoczył ani jednej walki. Teraz wyzywa na pojedynek Antonio Tarvera (29-6, 20 KO).
- Jeżeli spotkam się z Tarverem w ringu, wyślę go w krainę snów - powiedział Brytyjczyk. Przypomnijmy, że ''Magic Man'' Tarver niedawno mówił o możliwej walce z mistrzem świata WBC wagi cruiser, Krzysztofem Włodarczykiem (46-2-1, 33 KO). Amerykanin twierdził, że ''Diablo'' unika tego pojedynku.
Wczoraj w Warszawie odbyła się IV Praska Gala Boksu. Wśród zaproszonych gości znaleźli się między innymi nasi czołowi zawodnicy kategorii ciężkiej - Mariusz Wach (26-0, 14 KO) i Artur Szpilka (9-0, 7 KO), którzy dali się namówić organizatorom na pojedynek mierzący siłę uderzenia na maszynie typu "Boxer". Cios którego z pięściarzy okazał się silniejszy? Przekonajcie się sami ("Szpila" uderzał swoją słabszą, prawą ręką).

Trwa gala w Boardwalk Hall w Atlantic City, gdzie główną atrakcją wieczoru jest finałowy pojedynek turnieju Super Six. Zmierzą się w nim dwaj mistrzowie wagi super średniej. Posiadacz tytułu federacji WBC, Carl Froch (28-1, 20 KO), skrzyżuje rękawice z faworyzowanym championem WBA Super - Andre Wardem (24-0, 13 KO). W tym temacie możecie wymieniać się poglądami na temat eventu oraz wymieniać się linkami i na bieżąco komentować przebieg kolejnych walk.
Były mistrz świata WBA i IBF wagi junior półśredniej, Amir Khan (26-2, 18 KO) chwali zwycięzcę turnieju Super Six, mistrza świata WBA i WBC wagi super średniej Andre Warda (25-0, 13 KO). Brytyjczykowi imponuje taktyka Amerykanina i jego wszechstronność.
- Froch potrzebował bardzo szybkiego startu, ale Ward dokładnie wiedział, co ma robić. Miał plan A, plan B i plan C. Pod koniec walki można było zauważyć, że Amerykanin jest zmęczony, ale wciąż wchodził do półdystansu i walczył świetnie. Obaj zawodnicy pokazali wspaniały boks - powiedział Khan, na którego spadła lawina krytyki po porażce z Lamontem Petersonem (30-1-1, 15 KO). ''Kingowi'' zarzucano m.in. zły dobór taktyki i jednowymiarowość.
Dobrze znany polskim kibicom Francisco Palacios (21-1, 13 KO) nie kryje zadowolenia z napływających do niego informacji o decyzji WBC, na mocy której Portorykańczyk nadal pozostanie oficjalnym pretendentem do tytułu, który obecnie dzierży nasz Krzysztof Włodarczyk. Palacios zapowiada, że do rewanżu przygotuje się jeszcze lepiej i tym razem rozegra pojedynek tak, aby nie pozostawić żadnych wątpliwości, co do wyniku walki.
Drodzy Czytelnicy i Kibice boksu! Nasza redakcja ogłasza drugą edycję dorocznego PLEBISCYTU BOKSER.ORG, który jest naszym wspólnym podsumowaniem każdego kończącego się roku. Wspólnym, ponieważ my proponujemy typy w poszczególnych kategoriach, a Wy na drodze głosowania decydujecie, który z typów okaże się zwycięski. W pierwszej edycji plebiscytu na rok 2010 proponowaliśmy Wam sześć kategorii, z podziałem na Polskę i świat. W edycji na rok 2011 zwiększyliśmy liczbę kategorii do 11, także z podziałem na nasz kraj i świat. Niebawem przypomnimy, jak głosowaliście rok temu, oraz szerzej omówimy poszczególne kategorie tegorocznego Plebiscytu.
KATEGORIE PLEBISCYTU NA ROK 2011>>>
Udział w Plebiscycie mogą wziąć tylko zalogowani Użytkownicy serwisu BOKSER.ORG. Głosowanie odbywa się poprzez wybór jednego typu z każdej kategorii. W związku z tym, że niektóre kategorie wymagają specjalistycznej wiedzy, niedostępnej wszystkim Czytelnikom, można je pominąć w głosowaniu, wedle własnego rozeznania. Aby głos był ważny należy dokonać wyboru w minimum sześciu kategoriach. Głos na wybrany typ prosimy przesłać do północy 31 grudnia 2011 roku mailem na adres plebiscyt@bokser.org, podając swój login użytkownika. Wśród Czytelników, którzy wezmą udział w plebiscycie rozlosujemy bardzo atrakcyjne nagrody! Szczegółowe informacje o nagrodach podamy w ciągu najbliższych dni. Zwycięzców Plebiscytu oraz losowania nagród wśród Czytelników ogłosimy w pierwszej połowie stycznia. Zapraszamy do głosowania!
Sądziłem, że do boksu już nie wrócę. Pojechałem na Ukrainę, aby zarabiać pieniądze. Pracowałem jako kierowca ciężarówki. Najpierw w Kijowie, potem w Jałcie. Rzucało mnie po świecie... Cóż, nie tylko Ukraińcy przyjeżdżają do Rosji na zarobek, ale bywa też odwrotnie - wspomina Denis Lebiediew (23-1, 17 KO), posiadacz pasa mistrzowskiego WBA Interim. Podczas sportowej wędrówki Rosjanina nie brakowało zakrętów. Rękawice na kołku wieszał dwukrotnie, dwukrotnie wracał. Dziś jest jednym z najlepszych zawodników w swoim kraju i w kategorii junior ciężkiej na całym świecie. W 2011 roku było o nim głośno - pokonał dwie bokserskie legendy z USA - Roya Jonesa Jr. oraz Jamesa Toneya.
- 2011 roku okazał się dla pana udany. Wygrał pan z Royem Jonesem Jr. oraz Jamesem Toneyem i te zwycięstwa z pewnością będą jeszcze długo pamiętane, ale może uważa pan, że w tych walkach mógł zrobić jeszcze więcej?
Denis Lebiediew: Oczywiście, że ten rok jest udany, nie ma wątpliwości. Jednak ja nie chcę spoczywać na laurach. Walki z Jonesem i Toneyem to już historia. Już teraz spoglądam w przyszłość i liczę na pojedynek z Guillermo Jonesem, mistrzem świata WBA w wadze junior ciężkiej. Jeśli uda mi się z nim wygrać, to nie będę już tymczasowym, ale pełnoprawnym czempionem. Oprócz walki z Panamczykiem mamy jeszcze jedną ciekawą opcję.
- Właśnie minął rok od pańskiej jedynej przegranej na zawodowym ringu. W grudniu ubiegłego roku uległ pan na punkty Marco Huckowi. Mówił pan po tej walce, że nie czuł się przegranym...
DL: Sędzia podniósł rękę Hucka, a nie moją. Po tej przegranej nikt mnie nie krytykował, nikt nie oceniał tej walki jako niepowodzenie. Podchodzili do mnie nawet Niemcy i mówili, że to ja jestem prawdziwym mistrzem, a nie ich rodak. Mimo wszystko po starciu z Huckiem pracowałem nad swoimi błędami i mam nadzieję, że wyciągnąłem właściwe wnioski. Rzecz w tym, że w pojedynku z Huckiem ryzyko ograniczałem do minimum, podczas gdy powinienem był więcej ryzykować, chociaż na pewno z głową. Dodatkowo nie dałem z siebie wtedy stu procent. Sądziłem, że w ostatnich rundach Huck się na mnie rzuci, dlatego oszczędzałem siły. Jeszcze w szatni poczułem, że mogłem dać z siebie w ringu o trzydzieści procent więcej. To była dla mnie dobra lekcja. Decyzja sędziów pozostanie taka jaka jest. Być może nie wygrałem tej walki, ale na przegraną też nie zasłużyłem.
- Jeżeli nie uda się nam doprowadzić do walki z mistrzami kategorii cruiser, wówczas przejdę do wagi ciężkiej. Nikt mi nie wierzy i nikt mnie nie słucha, lecz ja naprawdę jestem przekonany w to, iż jestem w stanie sporo namieszać w wadze ciężkiej. Ważąc około 97 kilogramów jestem w świetnej formie i przed zakończeniem kariery mógłbym raz jeszcze zszokować świat - uważa Antonio Tarver (29-6, 20 KO), który w przeszłości trzy razy sięgał po tytuł mistrza świata dywizji półciężkiej, a w lipcu rozprawił się przed czasem z niedawnym przeciwnikiem naszego "Diablo", Danny Greenem. Teraz nie ukrywa, iż najchętniej skrzyżowałby rękawice z absolutnym liderem królewskiej kategorii, Władimirem Kliczko (56-3, 49 KO).
- On już ponad rok temu wymieniał moje nazwisko, ale ostatecznie zdecydował się na walkę z Davidem Haye'em. Dopóki on nie wspominał o mnie, ja nie wspominałem o nim, jednak naprawdę zależy mi na tym pojedynku. Dla mnie nie jest ważne gdzie by się odbył, bo mój paszport leży i jest gotowy do podróży. Wciąż posiadam umiejętności, dzięki którym mógłbym go zdetronizować. Rywale Kliczki przegrywają już tak naprawdę zanim wyjdą na ring. Żeby natomiast mnie pokonać, trzeba najpierw mnie trafić, a ja znam wartość swojej defensywy oraz inteligencji bokserskiej. Dla niego tak naprawdę byłby to najpoważniejszy test w całej karierze. To nie oznacza, że chciałbym wyjść i po prostu znokautować go jednym ciosem, tylko frustrowałbym go cały wieczór i powodowałbym, iż nie mógłby mnie trafić. Ludzie myślą, że jestem szalony, ale ja już kiedyś wszystkich zaskoczyłem kiedy nokautowałem Roya Jonesa Juniora. Jeśli tylko dostanę swoją szansę, zrobię to samo z Władimirem Kliczko - zapewnia "Magik".
- Przez lata zabijałem się próbując osiągnąć limit dywizji półciężkiej, co kosztowało mnie porażki z Chadem Dawsonem. Limit kategorii cruiser oraz to co jest wyżej to właśnie moja naturalna waga i już dawno nie czułem się tak komfortowo jak teraz. Na ulicy nokautowałem już dużo większych facetów niż Kliczko. Zauważyłem również, iż on ma problemy z mańkutami, a także nie jest już tym samym bokserem kiedy musi się cofać - uważa Tarver, który prawdopodobnie powróci między liny w okolicach marca.
Eddie Hearn wyznał, że miał przygotowany plan na dalszą karierę Carla Frocha (28-2, 20 KO) na wypadek porażki w finale turnieju Super Six. 'Kobra' ma powrócić na ring latem 2012 roku, prawdopododbnie na gali w Nottingham. W gronie potencjalnych rywali znajdują się pierwszy pogromca Brytyjczyka - Mikkel Kessler (44-2, 33 KO) oraz champion federacji IBF - Lucian Bute (30-0, 24 KO).
- Mamy teraz pełną kontrolę nad przyszłością. Spotkaliśmy się już z przedstawicielami potencjalnych przeciwników. Carl Froch powróci i będzie walczył o tytuł mistrza świata. Mamy nadzieję, że ten pojedynek odbędzie się w Wielkiej Brytanii, bo Kobrze należy się walka przed własną publicznością po długiej serii występów wyjazdowych - oświadczył promotor. - W grę wchodzą Bute i Kessler. Rewanż z Duńczykiem w Nottingham byłby czymś wspaniałym.
_zmniejszamy_pl.jpg)
Wczorajszej nocy na gali w Atlantic City Andre Ward (25-0, 13 KO) pewnie pokonał zwyciężając na wszystkich kartach sędziowskich bardzo ambitnego Carla Frocha (28-2, 20 KO) w ramach finału turnieju "Super Six" wagi super średniej zdobywając pas WBC. Teraz wszyscy kibice będą cierpliwie czekali na świetnie zapowiadający się pojedynek mistrza WBA i WBC z pominiętym w turnieju Showtime posiadaczem pasa IBF, niepokonanym Lucianem Bute (30-0, 24 KO).
Carl Froch (28-2, 20 KO) nie narzekał na werdykt po przegranej walce z Andre Wardem (25-0, 13 KO) w ramach finału turnieju "Super Six" kategorii super średniej, która kosztowała go utratę tytułu mistrza świata według federacji WBC.
- Miałem dziś po prostu zły wieczór - przyznał Anglik w wywiadzie udzielonym stacji Shotime zaraz po ogłoszeniu wyniku.
- Nie mogłem nic zrobić, lecz trzeba też oddać Wardowi, że jest niewygodny i "śliski". Do tego gdy jest blisko w półdystansie zna wiele sztuczek i potrafi je wykorzystać. Dla mnie natomiast walka okazała się niezwykle frustrująca, jednak przegrałem ją zasłużenie - powiedział zasmucony Froch.
W pojedynku synów legend meksykańskiego boksu, Jorge Paez Junior (30-4-1, 18 KO) okazał się lepszy od Omara Chaveza (27-1-1, 20 KO). Po dziesięciu rundach 24-letni 'Maromerito' zwyciężył na punkty stosunkiem głosów dwa do remisu.
Paez zyskał przewagę w początkowych rundach, a potem skutecznie unikał większości mocnych ciosów polującego na nokaut młodziutkiego 'El Bussinessmana'.
Na tej samej gali na ring udanie powrócił były mistrz świata wagi muszej - Julio Cesar Miranda (37-6-1, 29 KO), który na dystansie dziesięciu rund wypunktował Cecilio Santosa (27-21-4, 17 KO).
Podopieczny Grzegorza Proksy, zeszłoroczny debiutant Kamil Młodziński (4-0-1, 3 KO) pokonał wczoraj Csabę Totha (6-11, 3 KO) przez techniczny nokaut w pierwszej rundzie na gali w węgierskim Erd.
Walka odbyła się niemal dokładnie w pierwszą rocznicę zawodowego debiutu wychowanka Jawor Teamu Jaworzno. 14 grudnia 2010 roku Młodziński wygrał jednogłośnie na punkty z Karolym Lakatosem (11-32-1, 5 KO) w Budapeszcie. Przypomnijmy, że jako amator Kamil trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Dwa razy został też wybrany najlepszym zawodnikiem tej imprezy. 21-letni Młodziński stoczył aż 146 amatorskich walk, z czego 123 wygrał.
Mistrz federacji IBF, Lucian Bute (30-0, 24 KO), z zainteresowaniem oglądał finał Super Six i choć życzył sobie wygranej Carla Frocha (28-2, 20 KO), nie był zdziwiony, kiedy Andre Ward (25-0, 13 KO) kompletnie zdominował Brytyjczyka.
Rumun liczy na to, że wkrótce przyjdzie mu się zmierzyć z 'S.O.G.', a zwycięzca zunifikuje najważniejsze tytuły w kategorii do 168 funtów. Bute skorzystał też z okazji do skrytykowania 'Kobry', który wcześniej niepochlebnie wypowiadał się na jego temat.
- Znokautowałbym Frocha. W dziesięciu rundach rozbiłem Briana Magee, z którym Froch toczył wyrównaną walkę do czasu nokautu w jedenastym starciu. Kiedy Froch walczył z Glenem Johnsonem, jeden z sędziów widział remis, a ja pokonałem Jamajczyka bardzo wyraźnie - powiedział 31-letni 'Le Tombeur'. - Jeśli chodzi o Warda, mam nadzieję, że nasz pojedynek odbędzie się w Nowym Jorku, ale mogę nawet przyjechać do Oakland.
Dziś bez ozdób i makijażu. Prosto elegancko. Zwycięzca turnieju Super Six wagi super średniej, mistrz świata WBA i WBC Andre Ward ma szansę w niedalekiej przyszłości stać się liderem rankingów P4P (bez podziału na kategorie). Carl Froch został wczoraj pokonany przez pięściarza w pełni ukształtowanego i świadomego warsztatu. Ward bardzo szybko pokazał, że różnica zasięgu ramion nie daje Brytyjczykowi żadnej przewagi. Od początku pojedynku świetnie funkcjonował lewy prosty Amerykanina, Froch nie mógł prowadzić skutecznej walki w dystansie i był zmuszony do przyjęcia warunków gracza, który niweluje najważniejsze atuty swojego przeciwnika. Dzięki dominacji w wojnie jabów ''S.O.G.'' swobodnie wchodził do półdystansu, bezlitośnie karcąc tam ''Cobrę''. Spustoszenie siały również bezpośrednie lewe sierpowe Warda. Pojedynczy lewy prosty Frocha był natomiast często kontrowany. Brytyjczyk znalazł się w sytuacji bez wyjścia, Ward był dużo szybszy, dużo lepiej wyszkolony technicznie i dużo lepiej przygotowany pod względem taktycznym. ''S.O.G.'' zaskoczył też chyba mającego polskie korzenie wojownika swoją siłą fizyczną. Amerykanin wytrawnie klinczował w odpowiednich dla siebie momentach i spychał Frocha na liny. Szczęka Warda nie została przetestowana właściwie ani razu. Andre jest zbyt ''śliski'', zbyt mocno skoncentrowany i zbyt odporny na stres. Bardzo rzadko przyjmuje czyste uderzenia. Ward po raz ostatni przegrał w 1996 roku, kiedy miał 12 lat.