Władimir Kliczko (54-3, 48 KO) przed zbliżającą się walką z Aleksandrem Powietkinem (19-0, 14 KO) nie lekceważy swojego rywala, chociaż bukmacherzy nie dają pretendentowi większych szans.
- Jestem przekonany, że Aleksander Powietkin to naprawdę świetny rywal i konkurent. Nie przegrał żadnej potyczki, a do tego będzie to spotkanie dwóch byłych mistrzów olimpijskich - powiedział champion federacji WBO i IBF, dodając jednak szybko - Mój obóz potrwa siedem tygodni i jestem przekonany o swoim końcowym sukcesie - zakończył Kliczko.
Przypomnijmy, że do walki tych bokserów dojdzie 11. września we Frankfurcie.
Po utracie pasa IBF kategorii junior muszej, Brian Viloria (27-3, 15 KO) przeniósł się do muszej, ale o mały włos nie zaliczył przykrej wpadki. Faworyzowany Amerykanin przez pięć pierwszych rund kontrolował pojedynek z Omarem Soto (19-7-2, 13 KO), punktując go lewym prostym i kontrując celnie prawą ręką.
Nieoczekiwanie jednak Viloria (na zdjęciu) opadł z sił w drugiej części walki i pod koniec był nawet na skraju nokautu. Resztkami sił uratował zwycięstwo, choć jeden z sędziów widział przewagę jego rywala. Ostatecznie po gongu kończącym dzięsiątą odsłonę sędziowie punktowali 97:93, 97:93 oraz 93:97.
Już dziś na Arena VFG w Guadalajarze w Meksyku dojdzie do ciekawie zapowiadającego się starcia pomiędzy Saulem Alvarezem (32-0-1, 24 KO), a Luciano Leonelem Cuello (26-1, 12 KO), którzy zmierzą się w walce o wakujący pas WBC Silver w kategorii junior średniej.
Na wadze obydwaj zanotowali po 150 funtów, a ceremonię zaszczycił obecnością sam Golden Boy.
- "Canelo" ma mnóstwo czasu, by wszystko dograć. Ma dopiero 19 lat, a już prezentuje najwyższy światowy poziom. Dobrze wygląda i ma niezbędną charyzmę. Bez wątpienia w przyszłości będzie kolejnym wielkim meksykańskim mistrzem - komplementował Alvareza Oscar De La Hoya.
Ubiegłej nocy doświadczony Lanardo Tyner (24-3, 15 KO) nieoczekiwanie pokonał dobrze zapowiadającego się Antwone Smitha (18-2-1, 10 KO) przez TKO 9. Rozgrywana w Boardwalk Hall w Atlantic City (New Jersey) walka poprzedzała główne danie wieczoru - starcie Jones-Garcia.
23-letni Smith rozpoczął bardzo dobrze i bezpiecznie punktował Tynera, który w początkowej fazie walki ograniczał się do kontr. Z biegiem czasu pojedynek stawał się jednak coraz bardziej wyrównany, a w drugiej części zaczęła rysować się przewaga blisko 35-letniego "Pain Servera". W ósmej rundzie prawe oko Smitha była już prawie całkowicie zamknięte i właśnie wtedy Tyner rozpoczął obijać tułów zmęczonego przeciwnika. Pomimo niemałych kłopotów "The Truth" zdołał przetrwać do zbawiennego gongu, lecz, jak się później okazało, koniec walki nadszedł zaledwie chwilę później. W dziewiątej odsłonie Tyner kontynuował ataki na korpus i zafundował Smithowi pierwsze w karierze deski. Rozbity prospekt zdołał podnieść się na osiem, lecz odmówił kontynuowania pojedynku.
Tomasz Adamek (41-1, 27 KO) rozpoczął w tym tygodniu sparingi. Jego pierwszym partnerem jest Amerykanin Faruq Saleem (38-1, 32 KO). Pięściarze sparują trzy razy w tygodniu, po osiem rund. Wkrótce do treningów dołączą kolejni sparing partnerzy Tomka. Trener "Górala" Roger Bloodworth zapewnia, że przygotowania do walki z Michaelem Grantem (46-3, 34 KO), która odbędzie się 21. sierpnia w Newark, idą zgodnie z planem.
Do nieoczekiwanego ruchu zmuszeni zostali organizatorzy pojedynku mistrza IBO wagi junior ciężkiej - Danny'ego Greena (29-3, 26 KO) i byłego rywala Tomka Adamka - Paula Briggsa (26-3, 18 KO). New South Wales Sports Combat Authority odmówiła wydania bokserskiej licencji 34-letniemu Briggsowi, który przez blisko trzy i pół roku był nieobecny na zawodowych ringach. W zaistniałej sytuacji walka nie może odbyć się w Sydney i została przeniesiona do Perth na Challenge Stadium. Data, 21 lipca, podobnie jak sposób transmisji - PPV, nie uległy zmianom.
Briggs, który ostatni raz był w ringu w lutym 2007 roku, nie krył rozczarowania decyzją komisji. Z kolei Terry Hartmann, który ogłosił rozporządzenie, argumentował stanowisko zaniedbaniem ze strony pięściarza.
- Briggs nie dostarczył aktualnego zaświadczenia medycznego, które pozwoliłoby nam na podjęcie korzystnej dla niego decyzji. Poza tym kilkukrotnie ignorował nasze zalecenia stoczenia kilku rozgrzewkowych walk - powiedział przewodniczący.
Nie powiodła się próba odzyskania bokserskiej licencji przez trzykrotnego mistrza kategorii półśredniej - Antonio Margarito (38-6, 27 KO). 32-letni Meksykanin wystąpił przed Komisją Sportową Stanu Nevada, lecz najwyraźniej nie zdołał jej przekonać, skoro członkowie stosunkiem głosów 4-1 odmówili ponownego wydania licencji.
W lutym ubiegłego roku Margarito stracił prawo toczenia walk na terenie Stanów Zjednoczonych za używanie niedozwolonych substancji utwardzających plastry w rękawicach. Komisja Stanu Kalifornia zdecydowała się wówczas na zawieszenie sportowca. Dziś "Tornado z Tijuany" zwrócił się bezpośrednio do Komisji Stanu Nevada, której licencja jest mu potrzebna do pojedynku z Mannym Pacquiao (51-3-2, 38 KO) lub do rewanżowego starcia z Miguelem Cotto (35-2, 28 KO). Margarito został odesłany do wspomnianej komisji kalifornijskiej, lecz tutaj sprawa wydaje się być przegrana, bo Meksykanin wcześniej pozwał ją do sądu.
Decyzją członków komisji zawiedziony jest Bob Arum, który stwierdził, że w zaistniałych okolicznościach następna duża walka "Tony'ego" odbędzie się w Meksyku.
Po trzech porażkach z rzędu w końcu wygraną zanotował były mistrz Europy i pretendent do tronu WBA wagi ciężkiej, Matt Skelton (23-5, 20 KO). 43-letni już pięściarz dominował od początku nad będącym wyraźnie bez formy Lee Swabym (25-27-2, 11 KO), będąc silniejszym, ale i bardziej aktywnym zawodnikiem.
Wszystko zakończyło się w piątej rundzie po mocnym prawym sierpowym Skeltona, po którym Swaby był już niezdolny do kontynuowania pojedynku.
W Londynie cenne zwycięstwo zanotował również Bradley Pryce (30-8, 18 KO). Walijczyk skontrował w drugim starciu atakującego Teda Bami (26-7, 13 KO), dopadł serią ciosów przy linach, by ostatecznie zakończyć wszystko krótkim prawym sierpowym. Warto nadmienić jeszcze, iż był to udany rewanż Pryce'a na dawnym mistrzu Europy za porażkę sprzed ośmiu lat.
Erislandy Lara (12-0, 7 KO) to były mistrz świata amatorów, który teraz podbija ringi zawodowe. Występujący w kategorii junior średniej 27-letni Kubańczyk zdemolował dziś w nocy w przeciągu niespełna rundy Williama Correa (8-4, 8 KO), zgłaszając coraz głośniej swoje aspiracje do tytułu mistrza świata.
Lara (na zdjęciu) zaczął bardzo spokojnie, by pod koniec drugiej minuty wystrzelić niespodziewanie długim lewym prostym. Zamroczony Correa zatrzymał się dopiero na linach, ale po kilku sekundach padł na matę po raz pierwszy. Zaraz po liczeniu Erislandy zafundował mu jednak potworny podbródek i było już po wszystkim.
Jeden z czołowych pięściarzy P4P, Nonito Donaire (23-1, 15 KO), od samego początku nie krył rozczarowania wyborem rywala, którym z decyzji promotora został Hernan Marquez (27-1, 20 KO). 21-letni Meksykanin na początku roku uległ jednogłośnie na punkty rodakowi Donaire - Richiemu Mepranum (22-2-1, 5 KO). Zwycięzca tamtej potyczki w następnej walce przegrał przez TKO 5 z Julio Cesarem Mirandą (32-5-1, 25 KO).
- Nic na tym nie zyskam. Trenowałem i zbijałem wagę tylko dlatego, że szanuję moich fanów i własny team. Oni wszyscy we mnie wierzą i dlatego hamowałem wszystkie samolubne myśli. Staram się o tym nie myśleć. Osiągnąłem już wiele i chcę walk z najlepszymi. Naprawdę niełatwo znaleźć motywację. To nie ma nic wspólnego z emocjami przed pojedynkiem z Darchinyanem - powiedział 27-letni Donaire.
Niezależnie od wyniku dzisiejszej potyczki, Filipińczyk przenosi się do wagi koguciej. Nie tylko problemy z osiągnięciem limitu zmuszają Nonito do takiego kroku. W wyższej kategorii Donaire nie powinien mieć tak dużych problemów z szukaniem odpowiednich przeciwników.
- Myślę, że zorganizowanie walki z Montielem byłoby najłatwiejsze, bo mamy tego samego promotora. Wiem, że jemu zależy na tym pojedynku. Sądzę, że ludzie z jego obozu starają się to opóźniać. Przez ostatnie lata zbierałem doświadczenie i teraz jestem gotów na rzucenie wyzwania komukolwiek - uważa "The Filipino Flash".
W walce wieczoru na gali w Boardwalk Hall (Atlantic City, New Jersey), Mike Jones (22-0, 18 KO) ciosem poniżej pasa znokautował Irvinga Garcię (17-5-3, 8 KO) w połowie piątej odsłony. Sędzia Randy Neumann nie zauważył faulu i wyliczył 31-letniego Portorykańczyka, nie zważając na protesty z jego narożnika.
Do czasu przerwania Jones w pełni kontrolował przebieg pojedynku i zmierzał po pewne zwycięstwo. Garcia nie dawał za wygraną i starał się odpowiadać, lecz jego uderzenia, choć czasem dochodziły celu, zdawały się nie robić żadnego wrażenia na 27-letnim Amerykaninie.
W czwartej odsłonie Jones po raz pierwszy wyraźnie zamroczył przeciwnika, lecz nie był jeszcze zdolny na dokończenie dzieła zniszczenia. Piąta runda nie przyniosła zmian i "M.J." wciąż wyraźnie dominował, wywierając na rywalu coraz większą presję. Po upływie kilkudziesięciu sekund zepchnął Garcie do lin i tam lewym sierpowym posłał w końcu na deski. Powtórka pokazała wyraźnie, że uderzenie wylądowało poniżej pasa Portorykańczyka, lecz nieubłagany sędzia zwycięzcą ogłosił Jonesa.
Rosły półśredni był przed tym pojedynkiem notowany w czołówkach rankingów wszystkich liczących się federacji (WBO #2, WBA #3, IBF #7, WBC #7), a jego pozycja z pewnością jeszcze się poprawi, choć już teraz jest on wymieniany jako jeden z potecjalnych rywali dla Andre Berto (26-0, 20 KO).
Rafał Jastrzębski (3-6-1, 1 KO) dotrzymał słowa wygrywając swój 3. pojedynek z rzędu. Rafał może być bardzo zadowolony ze swojego zwycięstwa, wygrywając wszystkie 4 rundy, uzyskał punktację 40-36 na wszystkich sędziowskich kartach. Jastrzębski zrealizował dokładnie swoje założenia, i w tej walce pokazał się z doskonalej strony atakując nieprzerwanie od początku walki.
Jego przeciwnik, Joseph Dunn (0-1), zapamięta swój debiut jako koszmar, praktycznie przez wszystkie rundy nie był wstanie zneutralizować ataków Jastrzębskiego, i większość czasu z 4 rund spędził wbity w liny ringu. Czekamy na kolejne sukcesy Rafała, który przypomnijmy wystąpił na tej samej gali w Boardwalk Hall w Atlantic City w NJ, gdzie w walce wieczoru sędzia fatalnie zakończył w 5 rundzie, po zadanym przez Mika Jonesa (21-0, 17 KO) powalającym ciosie poniżej pasa Irvinga Garcię (17-4-3, 8 KO).
Tomasz Adamek (41-1, 27 KO) na swoim blogu opowiada o pierwszych dniach sparingów, które rozpoczęły się od 8. rundowych potyczek z Amerykaninem Faruq Saleemem (38-1, 32 KO).
- Mój partner, Faruq Saleem mocno bije i umiejętnie się broni od moich szybkich ciosów. Przyznaje jednak, że widzieć Adamka w telewizji, a widzieć w ringu na żywo, to dwa różne światy. Chciał w ten sposób podkreślić moje szybkie ciosy, zejścia na bok i uniki. Twierdzi, że nie wie, z której strony przyjdzie do niego zagrożenie z mojej strony. Ja mu mówię, że w boksie nie ma miejsca na schematyczne myślenie w ringu. Ja staram się zawsze myśleć, przewidywać akcje przeciwnika i improwizować akcje własne. Wtedy pozbawiam przeciwnika pewności siebie, zmuszam go do obrony i nie pozwalam zrealizować jego planu, jaki przygotował na Adamka. Sadzę, że dlatego pierwsze rundy poświęcam na badanie przeciwnika, by ustalić warunki walki na moich zasadach. Inaczej nie ma, co wychodzić do ringu - pisze Tomaz Adamek.
- Sallem jest dobrym pięściarzem, imituje dość wzorowo Granta, ale zawsze pamiętamy o tym, że to jest tylko sparing. Upały w ciągu dnia nie pomagają nam w treningu, klimatyzacja pracuje na wielkich obrotach. Trener jest bardzo zadowolony, gdyż tempo w poszczególnych rundach treningowych, jest wysokie i wskazuje na bardzo dobre wytrenowanie mojego organizmu.