14-03-2007

Jarosław Drozd: Artur, cieszę się bardzo, że znalazłeś dla mnie czas, bym mógł przypomnieć Twoją sylwetkę kibicom boksu w Polsce, a przy okazji podzielić się z nimi wiadomością o Twoim powrocie do sportu. Czy to prawda, że 23 marca znowu zobaczymy Cię w ringu?
Artur Binkowski: Tak. Walczę 23 marca w Nowym Jorku na jednej gali z Pawłem Wolakiem i Tomkiem Kurzydłowskim.

JD: Zacznijmy nietypowo. Czy to prawda, że swoją przygodę z boksem rozpocząłeś na ulicy?
AB: Tak. Jako imigrant musisz w tym kraju uważać na siebie. Nie dlatego, że Kanada to państwo pełne chuliganów, lecz np. w szkole, jako gówniarz każdy szuka jakiejś zaczepki. No i dzieciaki szukają jakiejś owcy. A jako nowo przybyły do Kanady ubierasz się na początku trochę inaczej i mówisz słabo po kanadyjsku (nie angielsku, bo oni tutaj sami nie stosują pełnej gramatyki angielskiej) a tym bardziej nie znasz słów wymawianych w slangu (oni mówią trochę jak nowojorczycy - mają prawie inny język).

JD: Pochodzisz z rodziny o sportowych tradycjach. Twój dziadek, Józef Grzelczyk, był bokserem Górnika Wałbrzych, założycielem sekcji bokserskiej klubu Bielawianka Bielawa, natomiast mama trenowała lekkoatletykę. Jak najbliżsi zapatrywali się na Twoją bokserską pasję?
AB: Ze strony najbliższej rodziny przez całą moją karierę amatorską nie miałem zbyt wielkiego wsparcia. Ze 100 walk amatorskich moi rodzice byli może na 5-ciu. Z jednej strony byli zalatani (praca, praca i jeszcze raz praca) a z drugiej odradzali mi boks, tym bardziej wtedy, kiedy sam zadecydowałem o przejściu na zawodowstwo. To było krakanie. Ale nic to! Jestem taki, jaki jestem. Nigdy nie godziłem się i nie zgodzę ze wskazówkami innych (nawet rodziny). Życiowych wyborów dokonuję tylko i wyłącznie ja! A po drugie, człowiek musiałby być idiotą aby brać pod uwagę wskazówki tych wszystkich ludzi, którzy sami nigdy nie znaleźli się w sytuacji taka jak moja. Pamiętaj, że z tych wszystkich ludzi, którzy niby znają się na boksie, ale nigdy nogi do ringu nie wstawili i nie skrzyżowali rękawic z groźnym przeciwnikiem (większość ich znajdziesz wypisujących się na portalach bokserskich) w przewadze są NIBY-kibice. Uważają, że się znają na boksie i każdemu zawodnikowi chcą udzielać wskazówek, a tym bardziej ich krytykować. Np. zobacz co się działo po ostatniej walce Adamka. Chłopak pokazał, że ma serce do walki, bo od początku walki do 10-tej rundy był mocno bity, ale nie próbował uciekać i był bliski wygranej przez nokaut. Popatrz ilu tych polskich NIBY-kibiców było zdecydowanych by Adamka natychmiast skreślić i po chamsku się po nim przejechać? A ja Ci gwarantuję, że ŻADEN nie miałby jaj, by skrzyżować z nim rękawic!!!

JD: Porozmawiajmy o Twojej karierze amatorskiej. Jaki jej moment uważasz za najważniejszy?
AB: Proste - wyjazd na olimpiadę. Przy okazji dygresja - Kanada raczej przez dłuższy czas nie zdobędzie żadnego olimpijskiego medalu w boksie.

JD: Jaki miałeś amatorski rekord? Wg. moich notatek stoczyłeś sporo walk ze znanymi zawodnikami, m.in. z niedawnym challengerem do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej, Calvinem Brockiem (w 2000 r. w Tampa podczas kwalifikacji olimpijskich). Pamiętasz okoliczności tamtej ringowej potyczki?
AB: Walk amatorskich miałem trochę ponad 100. Z Calvinem Brockiem rzeczywiście zmierzyłem się w Tampa. Walka była bardzo wyrównana, ale nie według zapisu komputera. Naciskałem go do końca, a jedyne co poczułem to jego lewy sierp.

JD: Przez długi czas trenowałeś pod okiem Arnie Boehma, potem Evertona McEwana. Teraz jesteś podopiecznym Adriana Teodorescu. Jak oceniłbyś pracę tych szkoleniowców? W czym pomogli Ci najbardziej?
AB: Adriana i Evertona znam od początku mojej kariery amatorskiej. Ten pierwszy pomógł mi wygrać seniorskie mistrzostwa Kanady i zakwalifikować się na olimpiadę w Sydney.

JD: Boehm i Teodorescu trenowali słynnego Lennoxa Lewisa. Kilka lat temu byłeś przez tego ostatniego zapraszany na sparringi? Jakich lekcji boksu udzielił Ci ówczesny mistrz świata wagi ciężkiej?
AB: Z Lennoxem sparowałem jak byłem jeszcze amatorem. Teraz na pewno biję znacznie mocniej. A sam Lennox? Byłem u niego trzykrotnie (tzn. on przygotowywał się do trzech różnych walk). Gdy pojechałem po raz trzeci, to zafundował mi wycieczkę do Londynu na walkę z Francois Bothą, "Białym Buffalo" z RPA. Muszę Ci powiedzieć, że Lennox to bardzo konkretny gość. Milioner ale przy tym bardzo normalny, z którym da się pogadać. Zaczynał karierę bokserską w tym samym klubie jak ja, w Kitchener, pod okiem Arniego Boehma. W sparringach z jednej strony mnie nie oszczędzał, bo kilkakrotnie huczało mi w głowie, ale zdaję sobie sprawę, że wtedy gdyby chciał mi urwać głowę, to prawdopodobnie byłby w stanie to zrobić. Pamiętam innych czarnoskórych sparringpartnerów, którzy wchodzili z nim do ringu i chcieli go rozłożyć. Jednym z nich był Jeremy Williams, dobry pięściarz, sporo mniejszy od Lennoxa. To był taki wariat, że sam na siebie krzyczał przed sparringiem, po to, by się dodatkowo extra zmotywować. Nieraz więc i Lennoxowi główka ...latała.

JD: Lennox Lewis jest dla wielu pięściarzy bokserskim wzorem? Jeśli nie on, to kto wywarł na Twój boks największy wpływ?
AB: Nikt inny, tylko ja. Zawsze lubiłem ciężki wysiłek i ból. Boks jest tą dyscypliną, którą wielu ludzi chciałoby uprawiać ale większość z nich nie ma ani charakteru, ani silnej woli - czyli dokładnie tego, czego ten sport wymaga. Jeżeli patrzysz tylko na finansową stronę boksu, tak jak to robi wiele osób, to też jest to całkowitą pomyłką. Jedynie kilkunastu pięściarzy z wszystkich kategorii robi na tym sporcie konkretne pieniądze. Największe robią rzecz jasna promotorzy, z których zresztą większość nigdy nie postawiła nogi w ringu.

JD: Nie mogę nie zapytać Cię o Bielawę. Tam się urodziłeś, chodziłeś do szkoły, masz tam rodzinę i kolegów ze szkolnych czasów, jesteś osobą niezwykle popularną...
AB: Bielawa to zwykłe, ciche miasteczko leżące nieopodal Gór Sowich, ale to jest zarazem jedyne miejsce na świecie, które mogę nazwać swoim domem. Tam się urodziłem, stamtąd pochodzę i do dzisiaj utrzymuję kontakt z chłopakami. Jeżeli potrzebujesz szybkiej pożyczki lub chcesz mieć duże plecy, to Ci załatwię. Chłopaki z Bielawy dobrze sobie z tym radzą.

JD: Masz na swoim koncie 14 zawodowych zwycięstw. Które z nich cenisz sobie najbardziej i dlaczego?
AB: Nie zwycięstwo, ale remis z Charlesem Hatcherem, bo Bobby Hitz chciał mnie wówczas zrobić w konia i w jego oczach miałem na 99% przegraną walkę. Wysłał nawet Hatcherowi taśmę z moimi ostatnimi walkami. Wysoko oceniam zwycięstwo z Demetrice Kingiem, murzynem tak twardym, że na jego głowie rozpieprzyłem sobie prawa łapę i samą lewą musiałem walkę wygrać. Sędziowie dali mi zasłużenie wygraną tylko jednym punktem, a 3 tygodnie później stanąłem do walki o zawodowe mistrzostwo Kanady. Tamta kontuzja była głównym powodem tego, że nie byłem w stanie dać z siebie wystarcząjaco dużo, by wygrać.

JD: Otrzymałeś nagrodę Polonijnego Sportowca Roku 2002. W jaki sposób, w tak krótkim czasie, zbudowałeś tak wielką popularność?
AB: Polacy na ogół mnie lubią, zarówno oglądać w ringu, jak i słuchać. Bo jak biję, to tak aby bolało a jak mówię, to prosto z mostu.

JD: W 2003 r. pewni ludzie z Hollywood sprawili,że na boczny tor odstawiłeś sportową rywalizację. Czy swój udział w zdjęciach do filmu Rona Howarda „Cinderella Man” postrzegasz dzisiaj tylko przez pryzmat zarobionej tam kasy? Może były jednak także inne korzyści z tego płynące?
AB: W "Cindarella Man" dosyć dobrze mi poszło, no i co najważniejsze, nie skrzywdziłem Russella, czego filmowcy się nieco obawiali. Dzięki temu moje nazwisko już na zawsze będzie się kojarzyło z boksem. Wygląda na to, że będą do mnie w przyszłości częściej dzwonić z Hollywood, tak jak to miało miejsce 6 miesięcy temu, kiedy zaproponowano mi małą rolę w "Ressurecting the Champ" (też film związany z boksem) z Samuelem L. Jacksonem w roli głównej, który niedługo będzie można zobaczyć w kinach.

JD: Czy to prawda, że ostatecznego wyboru filmowego Corna Griffina dokonał sam Russell Crowe? Jakie były Wasze wzajemne relacje na planie i poza nim?
AB: Tak. Russell to spoko gość. Trochę dziwny, ale mimo wszystko dość normalny jak na na człowieka, który zarobił tyle milionów dolarów i jest tak popularny.

JD: Filmowy boks to przede wszystkim umiejętności markowania ciosów, artystycznych upadków na deski ringu, powolnego, spektakularnego wstawania i podnoszenie rąk gotowych do dalszej walki. Jak sobie z tym poradziłeś?
AB: Bez problemu. Pamiętaj, że jestem piękny, gładki, no i z Bielawy!

JD: Wspomnieliśmy już, że W 2005 r. przegrałeś pojedynek o tytuł zawodowego mistrza Kanady z Patrice L'Heureux. Słyszałem, że w pewnym sensie "współwinnym" tej porażki był ...Russell Crowe. To prawda, że zaraz po zakończeniu zdjęć do filmu poprosił Cię o to, byś przed premierą, dla celów reklamowych, stoczył jakąś poważną walkę?
AB: Bez komentarza. Za wszystko w moim życiu odpowiada tylko Binkowski.

JD: Podobno już przed wspomnianą walką oświadczyłeś w wywiadzie dla miejscowej telewizji i prasy, że niezależnie od jej wyniku zrezygnujesz z dalszej kariery?
AB: Masz dosyć dobre informacje - to prawda.

JD: Czy gdyby nie kontuzja ręki byłbyś w stanie pokonać L`Hereux? Inny Kanadyjczyk, David Cadieux, dwukrotnie udowodnił, że jest to możliwe.
AB: David jest dużo lepszym pięściarzem od Patrica. W amatorce pokonałem ich obu kwalifikując się na olimpiadę, a rok później, nie wiedząc czy chce mi się jeszcze boksować, przegrałem z Cadieux zaledwie kilkoma punktami na mistrzostwach Kanady. Byłem bez formy. Pewien Polak związany z kanadyjskim boksem amatorskim, który był w tamtejszym Związku jednym z głównych działaczy bokserskich tak bardzo kaleczył moje dobre imię i godność naszego narodu, że nie chciałem już ani z nim, ani z amatorką mieć nic wspólnego.

JD: Jakie cele na sportową przyszłość stawia sobie w kontekście kolejnego powrotu na ring Artur Binkowski?
AB: Koncentruję się tylko na najbliższej walce. Najważniejszymi w moim życiu sa dwa bobasy - Mikołajek i Alexander, żonka Agata, no i zdrowie, a w zawodowym boksie te ostatnie można stracić najszybciej. Moja zasada to "jak bić to do bólu, no i wiadomo, aż do końca - nie ważne czy czarnego, białego czy niebieskiego - chociaż temu ostatniemu to czasami by się przydało". Ale tak na poważnie, boks to cięż kawałek chleba. W moim życiu mam inne, konkretne dochody finansowe a boksuję dlatego, że kocham boks. Dzięki dobrym i mądrym posunięciach finansowych jestem dziś w stanie pozwolić sobie zarówno na boks, jak i na poświęcanie czasu mojej kochanej, małej rodzince.

JD: Żeby realizować sportowe marzenia należy jednak wygrywać z takimi zawodnikami jak np. Tipton Walker. Ksywka "Polski Wojownik" do czegoś zobowiązuje. Zgodzisz się ze mną?
AB: Jak najbardziej! Ważyłem wtedy 249 funtów. To śmieszna waga, bo teraz w formie mam 233, a to spora różnica, ale nie o to chodzi, bo gościa i tak zlałem, a jeden z sędziów dał mi za to wygraną prawie każdą rundę, jednak na kartach pozostałych dwóch był remis. Binkowski w formie, czy nie, gruby, czy nie, - zawsze wchodzi do ringu by wygrać i zlać przeciwnika! Jak wchodzę do ringu, to tylko po to, by wygrać za wszelką cenę. Jak mi się nie chce boksować, lub nie jestem na 100% przekonany o wygranej, to po prosu nie wchodzę. Pieniądze za stoczenie walki to nie wszystko. Nie można mnie za kupić! Fakt - faktem, że takiego Tiptona powinienem zniszczyć w ringu, a nie oddawać wynik w ręce sędziów. To był całkowicie mój błąd.

JD: Kilka lat temu pewien polski tabloid zacytował Twoją wypowiedź, z której wynikało, że jesteś w stanie pokonać każdego polskiego ciężkiego i sięgnąć po tytuł zawodowego mistrza Polski. Nadal tak uważasz?
AB: Nie myślę teraz o tym. Kilka lat temu rzeczywiście chciałem walczyć z Tomkiem Boninem. Uważam, że na 100% byłaby to znakomita walka, zarówno wtedy, jak i prawdopodobnie dzisiaj. Andrzej Wasilewski nie widział jakoś w tym sensu, potencjalnej kasy lub ryzyko dla Tomka było wówczas za wysokie. Moim zdaniem jedyną konkretną walką w karierze Tomka był pojedynek z Audleyem Harrisonem. Widziałem ją i uważam, żę znakomicie mu poszło. Ta walka to przykład bokserskiej niesprawiedliwości w boksie. Wszyscy widzieli, że Bonin tak skutecznie atakował Audleya, że brytyjski sędzia zatrzymał walkę z obawy o porażkę Harrisona!

JD: W tej chwili czołówkę polskich ciężkich tworzą Tomasz Bonin. Albert Sosnowski i Mariusz Wach. Czy mógłbyś ocenić ich możliwości?
AB: Nie chcę ich oceniać, ale Bonina dalej uważam za najtwardszego i najgroźniejszego.

JD: Jak wspomniałeś na wstępie, 23 marca zobaczymy Cię ponownie w ringu podczas "polskiej" gali w NY. Jak przebiegają przygotowania do walki?
AB: Wszystko jest pod kontrolą - waga i kondycja jest dobra, co oznacza, że Binkowski się nie obija.

JD: Oprócz Ciebie w Huntington Townhouse wystąpią Paweł Wolak i Tomasz Kurzydłowski. Ten pierwszy jest obecnie dla amerykańskiej Polonii magnesem nie mniejszym niż Ty przed paroma laty. Jak oceniasz jego szanse na zawojowanie zawodowych ringów?
AB: Paweł ma duże serce do walki, czego wielu pięściarzom brakuje.

JD: Tomasz Kurzydłowski pochodzi z Wałbrzycha, a więc jest Twoim krajanem. To zupełnie nieznany w Polsce pięściarz. Mógłbyś przybliżyć nam jego sylwetkę?
AB: Tomek mieszka w Kitchener prawie tak długo jak ja. Waży równe 91 kg - walczy w kategorii cruiser. Boksu nauczył się już tutaj na miejscu, ale w ringu reprezentuje walory polskiej ulicy (bardzo twardy i nieustępliwy). W karierze amatorskiej miał 27 wygranych i tylko 2 przegrane. Kanadyjczycy nazwali go "Okrutnym", czyli "Terrible", bo zawsze jest w dobrej formie, a to czego nie może dokończyć w ringu pięścią, kończy głową. Wszystko po to, by wygrać!

JD: W imieniu własnym i strony www.bokser.org dziękuję Ci serdecznie za wywiad. Mam nadzieję, że po najbliższym udanym pojedynku rozpocznie się Twój systematyczny marsz w górę rankingów. Mam nadzieję, że wszyscy kibice boksu w Polsce docenią Twoje sukcesy. Chciałbyś coś im przekazać?
AB: Każdą moją walkę traktujcie jakby była ostatnią, jak biję i wygrywam cieszcie się za mną, a jeśli czasem to mnie będą bić to nigdy mnie nie żałujcie - bo sam sobie ten los wybrałem i pamiętajcie, że jakkolwiek by w tym ringu nie było, zawsze walczę do końca!!!

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © YARAS72