| |
02-03-2007
Mariusz Serafin:
Mariusz Wach – "Polski olbrzym", "Gladiator" słyszałem jeszcze inne określenia.
Masz swój ringowy przydomek?
Mariusz Wach:
Jeszcze niestety nie mam swojego porządnego pseudo, choć różnie już byłem nazywany przez dziennikarzy.
M.S.:
A jak rodzi się taki pseudonim jak myślisz?
M.W.:
To zależy od sytuacji. Nieraz jest to związane z warunkami fizycznymi bądź też tym, co się prezentuje w ringu, albo poza nim. Czasami wynika to z prostej przyczyny np. od nazwiska, tak jak ma Piotr "Wilk" Wilczewski, a czasami wymyśla przydomek trener, by lepiej sprzedać zawodnika. Zdarza się, że przydomek wymyślają kibice.
M.S.:
W jakiej jesteś formie? Jak z twoją kondycją? Czujesz się na siłach by walczyć
na dystansie 12 rund?
M.W.:
Dopiero zaczynam treningi po dłuższej przerwie. Jeszcze nie mam konkretnej walki przed sobą, więc nie przygotowuję się pod konkretnego przeciwnika. Raczej jest
to trening ogólnorozwojowy. Dużo biegam, troszkę ćwiczę z workiem. Myślę że będę do tego przygotowany.



M.S.:
Dużo czasu spędzasz na siłowni?
M.W.:
Zacząłem przygotowania od 3 stycznia. Myślałem, że będzie walka w lutym.
Dość intensywnie ćwiczyłem, co drugi dzień siłownia. Niestety przytrafiła mi się kontuzja lewej ręki, która wykluczyła mnie z ćwiczeń na siłowni. W tej chwili nie mogę uderzać mocniej lewą ręką. Na razie nie wiadomo dokładnie, co to za kontuzja.
M.S.:
Ile ważysz?
M.W.:
Teraz około 120 kg.
M.S.:
Nie czujesz się ociężały przy takiej wadze?
M.W.:
Nie. Myślę, że jak na swoje rozmiary jest to dobra waga. Nie czuję bym był przez to wolny w ringu.
M.S.:
Jak wygląda twój dzień?
M.W.:
Wstaje rano mniej więcej tak około 7.00-8.00, potem śniadanko. Pierwszy trening zaczynam około godziny 11.00. Bieg, siłownia, basen. Wracam do domku tam już czeka na mnie obiad. Moja dziewczyna pomaga mi i gotuje pyszne obiady. Zjadam, wypoczywam, około 16.00 znowu trening. Potem do domu. Nim się obejrzę jest wieczór. Kładę się spać. I tak mija mi dzień.
M.S.:
Co robisz po treningu jak masz wolny czas?
M.W.:
Po 18.00 kończy się drugi trening i mam czas wolny. Wszystko zależy od treningu,
jeśli trening jest intensywny to uwierz mi naprawdę nie ma się ochoty na nic i marzy się tylko o odpoczynku. Czasami dziewczyna mnie gdzieś wyciąga. Nie znaczy to, że nigdzie nie chcę wychodzić. Staram się znaleźć czas na wszystko, na przyjaciół, na kino. Na wszystko jest czas.



M.S.:
Co czujesz wychodząc na ring, o czym myślisz?
M.W.:
Przede wszystkim myślę o tym, by zaprezentować się jak najlepiej, by "nie dać ciała", żeby pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie, żeby wygrać i oczywiście by wygrać efektownie.
M.S.:
Ostatnio pojawiły się głosy w prasie i internecie, że Marcin Najman ma ochotę na konfrontację z tobą w ringu, co ty na to?
M.W.:
(cisza)…, Co ja o tym myślę? Hymn… Nie wiem, co powiedzieć… Jak bym się zdecydował na tą walkę i- od pukać- bym przegrał, to chyba bym musiał zakończyć karierę. Ale tak na serio. Ja teraz myślę o poważniejszych walkach.
M.S.:
Ostatni pojedynek stoczyłeś 16/12/2006 z Zoltanem Beresem (walka o mistrzostwo świata - TWBA) zakończył się przez TKO w 4 rundzie, kto będzie twoim następnym rywalem?
M.W.:
Niestety na dzień dzisiejszy nie wiem. Są plany by zaboksować w stanach. Na razie nic konkretnego nie mogę powiedzieć.
M.S.:
Masz 27 lat. Jak myślisz czy nie czas na bardziej utytułowanych przeciwników?
M.W.:
Wiesz, to wszystko jest związane z finansami. To jest Polski rynek. Bardzo ciężko jest zorganizować walkę z utytułowanym przeciwnikiem, szczególnie w wadze ciężkiej.
W grę wchodzą duże pieniądze. Najlepiej się porozumieć z mocną grupą promotorską
z Niemiec lub USA i wtedy wspólnie łatwiej jest zorganizować taką walkę. Potrzeba na to czasu. Mój menadżer na pewno się o to będzie starał.
M.S.:
Jak możesz opisać swoją dotychczasową karierę zawodową? Chodzi mi o ostatni rok.
M.W.:
Stoczyłem 7 walk, 3 w Stanach. Mój rekord to 13 walk wygranych, w tym 6 przed czasem, 0 porażek. Myślę, że ciężko przepracowałem ostatni rok. Ogólnie jestem zadowolony. Z klasy swoich dotychczasowych przeciwników już mniej. Tak jak wspominałem wcześniej ciężko jest sprowadzić znanego boksera do Polski. Ponadto
ci znani nie chcą się spotykać z takimi nieznanymi jeszcze bokserami jak ja. Wiesz,
dla takiego zawodnika to duża loteria, nie zna mnie, nie zna moich możliwości i jest duże ryzyko, że przegra. W takiej walce łatwo może wszystko stracić, a niewiele zyskać.
M.S.:
Który z przeciwników sprawił ci najwięcej trudności?
M.W.:
Na razie żaden. Co prawda zdarzało się że nie mogłem wykończyć przeciwnika przed czasem, ale w żadnym pojedynku ani na moment nie czułem się zagrożony.




M.S.:
Masz swojego bokserskiego idola?
M.W.:
Zawsze to powtarzam przy każdej okazji – Andrzej Gołota. Wyrosłem oglądając jego walki. Dostarczył mi wiele emocji. Teraz słyszałem, że wraca na ring. Mam nadzieję, że dostanie jeszcze szanse walki o tytuł - serdecznie mu kibicuję. Będę trzymał za niego kciuki.
M.S.:
Jakie są mocne i słabe strony Mariusza Wacha?
M.W.:
Mocne strony to na pewno warunki fizyczne, silny lewy prosty, dobra kondycja i na pewno wytrzymałość. Złe strony to na razie brak wykończenia akcji. Zaczynam akcję i jej nie kończę - cały czas się tego uczę. Ponadto praca nóg za bardzo wychylam się do przodu.
M.S.:
Na początku 2006 roku walczyłeś w Atlantic City w USA z Adele Olekanye. Wygrałeś jednogłośnie na punkty. Jak wspominasz swój debiut w USA?
M.W.:
Niesamowite przeżycie. Walczyłem na Show Arturo Gattii. Miałem walczyć na samym początku imprezy potem okazało się, że wyjdę na ring tuż przed walką wieczoru. Rozumiesz? 12 tyś. ludzi na gali, a ja wychodzę przed samą walką wieczoru. To było niesamowite. Nigdy tego nie zapomnę.



M.S.:
Jesteś mistrzem świata organizacji bokserskiej TWBA. Co ci dało zdobycie tego pasa?
M.W.:
Szczerze, to nic. Traktuje to jako kolejny krok w mojej karierze. Jestem przekonany,
że te największe sukcesy są jeszcze przede mną…
M.S.:
Mimo ogromu zajęć pojawiasz się na meczach boksu amatorskiego.
Ostatnio spotkaliśmy się w Radomiu. Co myślisz o rozgrywkach ligowych amatorów? Komu kibicujesz?
M.W.:
Maszczyk i Starbała to moi dobrzy koledzy i na ich występy jeżdżę. Trenowałem 2 lata w Gwardii Warszawa. Cieszę się, że ruszyła liga. Zawodnicy mogą się sprawdzić. Mają większe pieniądze, obycie w ringu i mogą się pokazać szerszej publiczności.
M.S.:
Już nie jesteś anonimowy. Wiele osób cię rozpoznaje. Jak sobie z tym radzisz?
M.W.:
Na razie to są takie podchody. Nie wiem, boją się podchodzić, czy co? (hahaha…)
Czasami zdarza się, że ktoś mnie rozpozna w tramwaju lub supermarkecie. Gratulują mi wtedy zwycięstwa, życzą powodzenia – jest to bardzo miłe, dziękuję im za te wszystkie oznaki sympatii. Póki co nie czuje się jak gwiazda.
M.S.:
Jest coś, co chciałbyś przekazać swoim Kibicom za pośrednictwem strony www.bokser.org ?
M.W.:
Chciałbym pozdrowić wszystkich sympatyków boksu. Chciałbym by trzymali za mnie kciuki. Mam nadzieję, że jeszcze będziecie ze mnie dumni.
M.S.:
Bardzo dziękuję za wywiad.
M.W.:
I ja dziękuję.
|
|