21-02-2007

Jarosław Drozd: Ricardo, czy doszedłeś już do siebie po ostatnim pojedynku z Marco Antonio Barrerą? Jak z perspektywy kilku miesięcy oceniasz tamten pojedynek?
Ricardo "Rocky" Juarez: I tak, i nie, Barrera walczył tak, że na moje oko nie powinienem był przegrać. Z drugiej strony, żeby zasłużyć sobie w pełni na zwycięstwo, powinien mnie porządnie zlać albo znokautować.

JD: W oczach sędziów przegrałeś z Barrerą już dwa razy. Jednak moim zdaniem wasza pierwsza walka była co najmniej remisowa. Zgodzisz się ze mną?
RJ: Uważam, że pierwszą walkę wygrałem... Walczyliśmy w Cali, jego rodzinnym mieście, więc remis byłby już sporym sukcesem... w drugiej walce przegrałem chyba z samym sobą, a Barrera bił się mądrze, sprytnie.

JD: Pozwolisz, że przedstawiając Twoją postać polskim czytelnikom cofnę się do początków Twojej kariery. Jak rozpocząłeś swoją przygodę ze sportem?
RJ: Cóż, zaczynałem od baseballa, zresztą jak cała moja rodzina, poza dziadkiem - to on pokazał mi, jak wygląda boks. Tłukłem się na ulicach z dzieciakami z okolicy, więc można by pomyśleć, że miałem to we krwi, ale to właśnie dziadek zaprowadził mnie do pierwszej sali treningowej, kiedy miałem dziwięć lat.

JD: Mistrzostwo świata, srebrny medal olimpijski, 2 tytuły mistrza USA - to znakomity dorobek, jak na 20-letniego amatora. Który ze swoich laurów cenisz najbardziej?
RJ: No, chyba właśnie zdobycie mistrzostwa świata... Bo stałem przed moimi miejscowymi kibicami i patrzyłem na amerykańską flagę, słyszałem hymn... Kiedy stanąłem na tym podium, czułem się zaszczycony i dumny.

JD: Po raz pierwszy usłyszałem o Tobie po Twoim zwycięstwie w turnieju Junior Olympic World Invitational w 1996 r. Rok później, jako zaledwie 17-latek, byłeś już członkiem seniorskiej reprezentacji USA na mistrzostwach świata w Budapeszcie. Nie miałeś oporów przed tak szybką rywalizacją z seniorami?
RJ: Byłem bardzo młody, więc się stresowałem. Nie wiedziałem, czy faktycznie należy mi się miejsce wśród najlepszych tego świata, ale wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że porażki to także część życia... Potem, gdy przegrałem jakąś walkę, zawsze czułem, że "dokłada mi to do pieca", że dzięki temu staję się mocniejszym zawodnikiem, ale tak czy inaczej, to właśnie wtedy miałem największego doła w życiu.

JD: Czy można sobie wyobrazić większe szczęście - zostać mistrzem świata, na dodatek na turnieju rozgrywanym w rodzinnym mieście?
RJ: Ee... no chyba nie... Szczególnie jeśli wygrywa się walkę i wygląda przy tym tak dobrze, jak ja (hehe).

JD: Pamiętasz jeszcze szczegóły rywalizacji w Houston?
RJ: Świetnie to pamiętam... Byłem wtedy jeszcze w liceum... Zastępca dyrektora szkoły zagonił do gimbusów wszystkich uczniów, zespół taneczny, czirliderki i wszyscy przyjechali... Wszyscy byli tam i patrzyli, jak odbieram złoty medal...

JD: Dopełnieniem Twojej pięknej kariery miał być złoty medal olimpijski i pewnie tak by się stało, gdyby nie rosyjski sędzia. Jak z perspektywy czasu skomentujesz okoliczności swojej przegranej z Bekzatem Sattarkhanovem?
RJ: Ja patrzę na to tak - nic nie dzieje się bez powodu. Tak właśnie widzę świat. Każdy z nas ma przed sobą jakąś drogę i jeśli będziemy robić to, co należy, będziemy podążali tą drogą, choć zawsze mogą się zdarzyć jakieś wyboje...

JD: W ciągu amatorskiej kariery przegrałeś niewiele walk. Ja zanotowałem jedynie porażki z Rumunem Crinu Olteanu i Rosjaninem Michaiłem Ananinem oraz wspomnianą wyżej z Kazachem? Jaki miałeś amatorski rekord?
RJ: Mój amatorski rekord to dokładnie 145 zwycięstw i 15 porażek. I masz to ode mnie na piśmie - złoiłem tego Rosjanina, Ananina, i on o tym wie (hehehe).

JD: W czasie amatorskich zmagań pokonałeś wielu świetnych zawodników, m.in.: Ramaza Palyani, Alexa Arthura, Bakhtyara Tilegenova, Falka Huste, Tulkunbaya Turgunova, Andresa Ledesma, Somlucka Kamsinga, Kamila Djamaludtinova czy Stevena Luevano. Który z nich był najtrudniejszy do pokonania i dlaczego?
RJ: Najtrudniej było ze Stevenem, bo to mańkut, do tego szybki i wysoki... ale najcięższą walkę miałem z takim jednym Rosjaninem w Pucharze Alego w 1997 [Chafidin Allakhverdiev - przyp. JD]. Mało nie posłał mnie na dechy w drugiej rundzie. Zresztą po dwóch rundach miał już osiem punktów przewagi... a wtedy walki trwały pięć rund. Trzynaście lat walczę w ringu i tylko wtedy doznałem wstrząsu mózgu. Ale wygrałem tę walkę czterema punktami.

JD: Jakie są najgroźniejsze ringowe atuty Ricardo Juareza? Czego najbardziej w ringu obawiają się Twoi rywale? Lewego haka na dół?
RJ: Umiem się przystosować... Zawdzięczam to doświadczeniom z walk amatorskich. Ten gym, w którym ćwiczyłem, zawsze był skierowany raczej na zawodowców, więc nauczyłem się nie spieszyć, tylko pakować mocne, skuteczne ciosy...

JD: Twoja zawodowa kariera wyglądała bardzo obiecująco aż do dnia pojedynku z Humberto Soto. Meksykanin walczył w nim bardzo nieczysto i mimo ostrzeżeń został zwycięzcą. Dlaczego przegrałeś tę walkę?
RJ: Humberto zawalczył sprytnie, chyba najlepiej, jak tylko potrafił... A dla mnie to nie było to samo - kiedy powiedzieli mi, że mam walczyć z Soto o tytuł "przejściowy", a nie z In Jin Chi o pas mistrza świata WBC w wadze piórkowej - to chyba po prostu zeszła ze mnie ta para, którą miałem przed walką, bo stawka była dużo niższa.

JD: Kto jest wg. Ciebie najlepszym zawodnikiem kategorii junior lekkiej na świecie? Marco-Antonio Barrera, Manny Pacquiao, Edwin Valero, czy może ktoś inny?
RJ: Nigdy nie widziałem Valero w akcji, więc stawiałbym na Manny'ego.

JD: Kiedy Ricardo Juarez zostanie zawodowym mistrzem świata?
RJ: Sam sobie zadaję to pytanie...(hehehe).

JD: Trenujesz w grupie Shelly Finkel m.in. z Manny Pacquiao. Jak zapatrujesz się na Waszą ewentualną rywalizację?
RJ: Szanse na to są spore. Wierzę, że pewnego dnia zostanę mistrzem świata, więc wtedy wszyscy byliby szczęśliwi, gdybym mógł się z nim zmierzyć o sporą kasę.

JD: Masz na rozkładzie kilku bardzo dobrych pięściarzy, m.in. Hectora Acero-Sancheza, Zahira Raheema, Jasona Piresa, Guty Espadasa. Pokonanie którego z nich sprawiło Ci największą satysfakcję?
RJ: Espadasa, biorąc pod uwagę, że kiedyś był mistrzem świata, a ja zafundowałem mu taki piękny nokaut.

JD: Jesteś niezwykle agresywny w ringu. Imponuje mi Twoja szybkość, technika i zadawanie ciosów z rożnych płaszczyzn. Czy jest coś co powinieneś w swoim boksie poprawić?
RJ: Chyba to, że nie zawsze potrafię zapomnieć o przeszłości... Myślę, że kiedy mi się to udaje, jestem jak nowy, a wtedy inni muszą uważać na siebie...

JD: Masz jakichś bokserskich idoli? Na kim się wzorowałeś?
RJ: Nigdy nie miałem żadnego bokserskiego idola, ale zawsze próbowałem naśladować w zawodnikach to, co im wychodziło najlepiej.

JD: Którego ze współcześnie walczących bokserów cenisz najbardziej?
RJ: Floyda Mayweathera.

JD: Jaki na co dzień - poza boksem - jest Rocky Juarez?
RJ: Wyluzowany! Cieszę się każdym dniem i tym, że mogę spędzać czas z moim synkiem Rockym juniorem (ma trzy latka).

JD: Znasz jakichś polskich bokserów?
RJ: Tylko Gołota przychodzi mi do głowy.

JD: W imieniu własnym i czytelników www.bokser.org serdecznie dziękuję za wywiad. Życzę Ci udanego rewanżu z Barrerą i Soto oraz jak najszybszego przywiezienia do Houston pasa mistrza świata. Jestem przekonany, ze stać Cię na to! Pozostańmy w kontakcie.
RJ: Wybacz, że musiałeś tak długo na to czekać, ale naprawdę podobał mi się ten wywiad. Dla wszystkich moich fanów na całym świecie - Dziękuję Wam i niech Was Bóg błogosławi.

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © YARAS72