20-10-2006

Jarosław Drozd: Dziękuję, że zgodziłeś się na ten wywiad. To dla mnie wielkie przeżycie mieć kontakt z legendą kochanej przeze mnie dyscypliny sportu. Przejdźmy do sedna sprawy, czyli wywiadu: urodziłeś się w Clinton (Missouri), ale całe niemal swoje życie związałeś z Bismarck w Północnej Dakocie. Możesz opowiedzieć o swoim dzieciństwie i początkach kariery?
Virgil Hill: Właściwie mieszkałem w Grand Forks w stanie Północna Dakota. Kiedy byłem chłopcem, mniej więcej ośmiolatkiem, i mieszkaliśmy jeszcze na fermie w Północnej Dakocie, oglądałem w telewizji turniej Golden Gloves w Chicago. Zapytałem wtedy ojca, czy będę mógł boksować, jeśli kiedykolwiek przeprowadzimy się do miasta (chodziło mi o Grand Forks - "aglomerację" liczącą sobie 45 tysięcy mieszkańców). Kiedy faktycznie przeprowadziliśmy się do tego "wielkiego miasta", ojciec po powrocie z pracy zapytał mnie, czy wciąż chciałbym ćwiczyć boks. Przytaknąłem, a on zaprowadził mnie na salę treningową.

JD: Dlaczego wybrałeś akurat boks a nie inną dyscyplinę sportu?
VH: Przez całe życie uprawiałem różne dyscypliny sportu. Boksowałem, grałem w koszykówkę, futbol, baseball, uprawiałem zapasy i lekkoatletykę. Gorzej wyglądały wyniki w nauce, a w tamtych czasach rodzinna sytuacja finansowa nie wyglądała zbyt ciekawie, więc nie było szans na to, że uskładają się pieniądze, by posłać mnie do college'u. Kiedy byłem w klasie maturalnej, byłem już członkiem bokserskiej drużyny narodowej USA, więc dalsza kariera bokserska miała po prostu najwięcej sensu.

JD: Jako amator stoczyłeś aż 261 walk, z których przegrałeś zaledwie 11. Jak to możliwe, że uzbierało się ich aż tyle, skoro zostałeś zawodowcem w wieku 20 lat?
VH: Mój rekord amatorski to 288-11. Za czasów mojej młodości, w okolicach, gdzie się wychowywałem, boks był bardzo popularnym sportem. Teraz sprawy wyglądają zupełnie inaczej, ale wtedy mieliśmy walki w każdy weekend, czasami w piątek, sobotę i w niedzielę. Do tego jeszcze bliskość granicy z Kanadą sprawiała, że mogliśmy też walczyć w turniejach z tamtejszymi drużynami. Zupełnie nie ma porównania z obecną sytuacją.

JD: Twoimi pierwszymi sukcesami były wicemistrzostwo USA w 1982 r. oraz zycięstwa w turniejach Golden Gloves. Pamiętasz z kim wówczas rywalizowałeś?
VH: Nie przypominam sobie, jak to było w Golden Gloves, ale w turnieju ABF przegrałem z Michaelem Grovenem.

JD: W 1983 r. zostałeś mistrzem Ameryki Północnej, pokonując wspaniałego Bernardo Comasa z Kuby. W tym samym roku potrafiłeś jednak przegrać z zupełnie przeciętnym Włochem, Noe Cruciani w półfinale Pucharu Świata. Czy przegrałeś dlatego walka odbyła się w Rzymie? Jak z pespektywy czasu oceniasz swoje pierwsze międzynarodowe sukcesy?
VH: Pierwsze walki za granicą stoczyłem w NRD, gdzie wygrałem dwa pojedynki. Potem walczyłem także z Rosjanami. W ogóle odwiedziłem chyba wszystkie liczące się w boksie kraje, zanim dostałem się do Pucharu Świata. Niesamowita sprawa dla chłopaka z Północnej Dakoty, te podróże po przeróżnych krajach. A porażka z Crucianim... Walczyłem w Rzymie przeciwko Włochowi, co tu dużo gadać.

JD: Później były kwalifikacje do olimpiady w Los Angeles. O miejsce w ekipie walczyłeś m.in. z Michaelem Nunnem, późniejszym wspaniałym pięściarzem, mistrzem świata zawodowców. Jak wyglądała wasza rywalizacja?
VH: Walczyłem z wszystkimi najlepszymi zawodnikami świata, w tym z Comasem. W tamtym roku stoczyłem chyba z sześć walk z zagranicznymi zawodnikami, wszystko na zgrupowaniach treningowych. Nawet na sparringach stawałem do walki z zawodnikami najwyższej klasy. A Nunn nie potrafił sobie z nikim poradzić w kategorii do 156 funtów, więc wymyślił sobie, że przejdzie do 165 funtów i spróbuje szczęścia ze mną.

JD: Dlaczego Virgil Hill nie został mistrzem olimpijskim?
VH: Było tak: paru Amerykanów walczyło z zawodnikami z Południowej Korei i decyzje sędziów były nieco wątpliwe. Gazety podały, że Koreańczycy z tego powodu zamierzają wycofać się z organizacji igrzysk w 1988 roku. Ja byłem pierwszym, który po tych informacjach walczył z zawodnikiem z Korei Południowej i wygrałem 3-2. Jednakowoż w tamtym roku po raz pierwszy pojawiły się komisje sędziowskie. Werdykt trafił do komisji, która odwróciła wynik na 4-1.

JD: W kadrze USA roiło się wówczas od gwiazd. Oprócz Ciebie byli tam Evander Holyfield, Pernell Whitaker, Mark Breland, Steve McCrory, Henry Tillman, Tyrrell Biggs. Czy tworzyliście rzeczywiście team, czy każdy z Was skoncentrowany był tylko na własnych występach?
VH: Boks to sport indywidulany. Ci goście w większości znali się od lat. Z nowicjuszy byli tam tylko Tillman, Holyfield i ja.

JD: Czy poza ringiem byliście kumplami?
VH: Generalnie przyjaźniłem się wtedy z Evanderem i tak już zostało.

JD: Myślisz, że gdyby na olimpiadzie w Los Angeles wystąpił Mike Tyson, miałby szanse na złoty medal?
VH: Nie, Henry Tillman pokonał go bezdyskusyjnie. Tillman pokonał Tysona i w eliminacjach do drużyny, i w barażach.

JD: Jak jest z motywacją do dalszej pracy, gdy zostaje się mistrzem świata zawodowców mając zaledwie 23 lata?
VH: Rywalizację mam we krwi i zawsze chcę być najlepszy w tym, co robię.

JD: Pamiętasz okoliczności Twojego zwycięstwa nad Leslie Stewartem w walce o tytuł mistrza świata WBA w 1987 r.?
VH: Całkiem sporo - Stewart mnie nie doceniał. Pamiętam, że prawie się ze mnie śmiał, kiedy wchodził na ring. Szlag mnie trafił. Stewart myślał, że trafił na szczawia, który nie ma z nim żadnych szans, ale go znokautowałem.

JD: Czy to był najważniejszy moment w Twojej karierze sportowej?
VH: Nie wiem, co było zwieńczeniem mojej kariery, bo wciąż jeszcze walczę. Nie wiem, czy zaliczyłem już taki moment. Każde zdobycie tytułu mistrza świata to rewelacyjne uczucie. Nie sądzę, żebym mógł to dokładnie określić, póki nie zawieszę rękawic na kołku i będę mógł spojrzeć sobie na to z dystansu.

JD: Ostatnio sporo mówi się o Twojej styczniowej walce z niemiecką legendą, Henry Maske. To miałby byc rewanż za wasz pojedynek sprzed 10 lat. Dokonałeś wtedy nie lada sztuki. Pokonałeś Niemca na jego własnym ringu i to na punkty. jaka to była walka?
VH: Pokonanie Henry'ego było fenomenalną sprawą. Można by rzec, że w ogóle wygrać z Niemcem w Niemczech to spory wyczyn. Była to walka o połączenie tytułów: jego pasa IBF i mojego WBA. Zaskoczyło mnie to, że Maske w ogóle się na to zgodził, do tej pory raczej nie wystawiano go przeciwko groźnym rywalom. Ja jednak byłem świeżo po ciężko zapracowanym zwycięstwie przeciwko "Honeyboy'owi" [Lou Del Valle - przyp. JD], więc pewnie pomyśleli sobie, że to dobry moment, żeby stawić mi czoła, tym bardziej, że Maske to szmaja.

JD: Powrót Maskego jest dla mnie zaskakujący. Nie boksował od czasu waszej pamiętnej walki. Jesteś jego rówieślnikiem, ale w przeciwieństwie do niego byłeś przez te lata w treningu. Czujesz się pewny zwycięstwa w nadchodzącej walce?
VH: Nigdy, przenigdy nie lekceważę żadnego przeciwnika. Należy pamiętać, że nawet jeśli Maske z nikim nie walczył, to wciąż sportowiec, który dba o formę. Jest pod wielką presją, przez dziesięć lat musiał żyć ze świadomością, że go pokonałem, i jestem pewien, że to również nakłania go do większego wysiłku. Gdyby znów przegrał, te uczucia jeszcze by się pogłębiły.

JD: Wydawało się, że po porażce z Jean-Marc Mormeckiem nie wrócisz już do zawodowego boksowania, tymczasem niespodziewanie w styczniu tego roku zobaczyliśmy Cię w ringu i to na dodatek w walce o tytuł mistrza świata WBC. Dlaczego wróciłeś?
VH: Dlatego, że ta druga walka z Mormeckiem była tak wyrównana, iż wszyscy w moim narożniku sądzili, że wygrałem. Federacja WBA uznała, że punktacja nie wskazywała na wyraźne zwycięstwo, dlatego zostawili mnie w rankingu na drugiej pozycji i dostałem kolejną szansę na walkę o tytuł. W dodatku chciałem udowodnić sobie samemu i wszystkim wątpiącym, że wciąż jeszcze mogę zawalczyć z najlepszymi w tej branży.

JD: W ringu zupełnie zneutralizowałeś poczynania faworyzowanego Valery Brudova, który do tamtej chwili nie przegrał żadnej z 30 walk? Czy rywal był zbyt słaby, czy Ty byłeś tego dnia nie do pokonania?
VH: Przypuszczam, że mnie zlekceważyli. Obejrzeli sobie kilka moich ostatnich walk i widzieli we mnie nieruchomy cel, niezdolny do poruszania się w ringu jak młodzieniaszek, ale to była kwestia odniesionych kontuzji. Że niby czterdziestodwuletni bokser nie ma prawa być tak ruchliwy, choć przez całą karierę pokazywałem, że umiem się ruszać.

JD: Kto jest obecnie najlepszym pięściarzem wagi cruiser na świecie?
VH: Cóż, trzeba wskazać na Bella, bo przecież pokonał Mormecka. Osobiście nie uważam go za jakieś bokserskie objawienie, ale Mormecka pokonał, więc czy mi się to podoba, czy nie, to on jest teraz numero uno.

JD: A mój młody rodak, Krzysztof Włodarczyk?
VH: Trudno powiedzieć mi o nim coś konkretnego, bo nie widziałem jego walk.

JD: Jakie widzisz dla niego szanse w walce ze Stevem Cunninghamem?
VH: Myślę, że los nie obszedł się ze Steve'em łaskawie, bo wielu bokserów migało się od walki z nim. Cunningham to zaprawiony w bojach zawodnik w tej kategorii i nie musi nikomu niczego udowadniać. Z drugiej strony, wszystko się może zdarzyć. Na tym właśnie polega piękno boksu, że zwycięstwo lub klęska to często kwestia jednego ciosu.

JD: A czy Ty byłbyś gotów zmierzyć się w ringu z Włodarczykiem?
VH: Zważywszy na to, na jakim etapie kariery jestem, to po prostu musiałoby się opłacać. Osiągnąłem w boksie wszystko to, czego chciałem. Teraz walka musi mieć sens z finansowego punktu widzenia. Jeśli chcieliby zorganizować taką walkę po moim pojedynku z Maske, byłbym więcej niż chętny. Skoro Michalczewski nie chce dać mi szansy rewanżu za porażkę, jak ja daję Maskemu... Pociesza mnie jednak fakt, że Tiozzo znokautował Dariusza, a ja znokautowałem Tiozzo, i to w pierwszej rundzie.

JD: Dwa razy przegrałeś z Mormeckiem. Czy chciałbyś z nim stoczyć jeszcze jeden pojedynek?
VH: Co by o tym nie mówić, jak się przegrało, to się przegrało. Tego się nie da wymazać, można wygrać rewanż, ale zawsze zostanie ślad w rekordzie. Jeśli finansowo miałoby to sens, zdecydowanie byłbym za tym, żeby znów z nim walczyć. Chyba już wiem, jak go rozpracować.

JD: W Polsce wszyscy kibice boksu pamiętają Twój wspaniały pojedynek z Dariuszem Michalczewskim o pasy WBA, WBO i IBF w 1997 r. Jak z perspektywy czasu oceniasz tamte wydarzenia w ringu?
VH: Nie byłem w pełni sprawny. Dolegało mi zapalenie ścięgna podeszwowego. Każdy, kto wie, co to jest, zrozumie jak się wtedy czułem. Gdybym był w stanie normalnie się poruszać, wynik byłby zupełnie inny. Mimo problemów zdrowotnych przyjąłem walkę, zarobiłem kupę forsy, więc nie narzekam.

JD: Nie starałeś się, by doprowadzic do rewanżu z Dariuszem?
VH: Ależ tak, staraliśmy się, ale on za nic nie chciał się na to zgodzić.

JD: Myślisz, że Michalczewski mógłby zrobić wówczas karierę w USA?
VH: Popatrz na Kliczków i wszystkich tych rosyjskich zawodników wagi ciężkiej. Gdzie walczą?

JD: Byłby w stanie pokonać Roya Jonesa jr.?
VH: Myślę, że dla nich obu byłaby to decydująca walka. Teraz każdy z nich ma taką karierę, jaką ma. Żaden nie stoczył tak naprawdę decydującej walki.

JD: Porozmawiajmy o sportowych rozczarowaniach. Która z pigułek była dla Ciebie najbardziej gorzka: porażka z Michalczewskim, Hearnsem, Jonesem jr. czy Mormeckiem?
VH: Z Hearnsem, z tego prostego powodu, że to była pierwsza porażka. Prawdę mówiąc wydawało mi się, że wygrałem, ale on wtedy był bogiem boksu, więc mogę to zrozumieć. Jednakże gorsze było to, co się stało potem, kiedy młody chłopak przekonuje się, kto naprawdę jest przyjacielem, a kto się od niego odwraca. Słyszy się historie o takich sytuacjach, ale póki takie coś nie przydarzy się tobie osobiście, nie zrozumiesz, jak to wygląda.

JD: Wygrałeś 24 walki o tytuł mistrza świata. Która z nich była dla Ciebie najtrudniejsza?
VH: Trudno powiedzieć. Pod jakimś względem żadna nie była łatwa. Kiedy ktoś wychodzi do walki z mistrzem świata, daje z siebie więcej, niż kiedykolwiek indziej. Przygotowania do walki są zawsze ciężkie, na tym elitarnym poziomie trzeba sforsować wiele przeszkód w ten czy inny sposób.

JD: Najlepszy bokser z jakim kiedykolwiek walczyłeś?
VH: Roy, złamał mi żebro. To było świetne uczucie, takie starcie intelektów i szybkości. Wszystko mi się w tej walce bardzo podobało, poza wynikiem.

JD: Który z Twoich rywali bił najcelniej, a który najmocniej?
VH: Bez wątpienia ten cios na korpus od Roya był potężny. Zdarzały mi się jednak sparringi, kiedy mnie liczyli, więc trudno powiedzieć.

JD: Jak to robisz, że mając 42 lata zachwycasz nienaganna techniką, żelazną kondycją i sportową sylwetką?
VH: Dzięki za komplementy. Mam to szczęście, że w walkach na odpowiednio wysokim poziomie da się zrozumieć, czemu rzeczy dzieją się tak, a nie inaczej, czemu powinno się robić to czy owo. Wiąże się z tym dużo ciężkiej pracy, ale naprawdę lubię ćwiczyć na siłowni.

JD: Jak mógłbyś scharakteryzować styl walki Virgila Hilla?
VH: Wszystko zależy od tego, z kim walczę. Jestem bokserem totalnym. Czasami zdarza się, że walczę z kontry, ale zawsze jestem bokserem totalnym.

JD: Czy czujesz się boksersko spełniony? Czy jest coś w karierze czego nie udało Ci dokonać?
VH: Myślę, że wszyscy staramy się zabezpieczyć sobie sytuację finansową, przy okazji realizowania własnych zamierzeń, osiągania sukcesów. Przy dobrych układach jedno idzie w parze z drugim, ale w biznesie, jakim jest boks, różnie z tym bywa.

JD: Jak długo jeszcze będziemy Cię podziwiali w ringu?
VH: Teraz planujemy kolejne walki, a nie lata kariery. Walka z Maske będzie dużą sprawą, chciałbym też walczyć z tym starszym Polakiem [Michalczewskim?! - przyp. JD]. Więc to nie kwestia czasu, ale przeciwników.

JD: Co będziesz robił po zakończeniu kariery?
VH: Myślałem o paru sprawach, ale jeszcze się nie zdecydowałem. Niczego nie wykluczam.

JD: W 2000 r. przed pojedynkiem mistrzowskim z Fabrice Tiozzo w Villeurbanne pojawiłeś się w ringu w pióropuszu indiańskiego wojownika. Czy ma to związek z Twoimi korzeniami?
VH: Po części mam indiańskie korzenie, ale też mieszankę krwi irlandzkiej, niemieckiej, norweskiej i z frankofońskiej części Kanady. Zakładam pióropusz, wychodząc do walki, żeby rozbudzić świadomość tradycji u indiańskich dzieciaków. Może choć jednego z nich zdołam zachęcić, by poszedł w moje ślady, odniósł w życiu sukces. Niekoniecznie od razu mistrzostwo świata w boksie, ale żeby mieli we mnie inspirację.

JD: Skąd wziął się Twój przydomek "Quicksilver"?
VH: Ojciec dał mi ten pseudonim po Olimpiadzie. Mówił, że to dlatego, że byłem w ringu "żywy" i zdobyłem "srebro".

JD: Dziękuję serdecznie za wywiad w imieniu własnym i czytelników strony www.bokser.org. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze w przyszłości okazję porozmawiać.
VH: Ja tez dziękuje i pozdrawiam. Zawsze będę do Twojej dyspozycji.

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © YARAS72