17-10-2006

Gazeta.pl: Twoją walką z Briggsem zachwyceni są Amerykanie, z podziwu wyjść nie mogą Niemcy czy Anglicy, a w Polsce wciąż nie brakuje komentarzy, że przegrałeś, a sędziowie przekręcili Australijczyka.
Tomasz Adamek: To strasznie smutne, ale chyba tylko Polak potrafi szukać dziury w całym, zamiast cieszyć się z sukcesu rodaka. Może to zawiść, może zwykły brak szacunku? Ciężko to zrozumieć, a mnie ciężko o tym mówić. Zawsze podkreślam, że jestem dumny z bycia Polakiem, z tego, że mogę bronić biało-czerwonych barw. To boli, że za oceanem klepią mnie po plecach, gratulują, a w ojczyźnie dzieje się coś takiego. Ale wierzę, że mimo wszystko więcej mam fanów, ludzi, których cieszy sukces rodaka. Właśnie tacy ludzie sprawili mi niespodziankę, witając mnie po powrocie z Chicago.

Gazeta.pl: Zadałeś więcej ciosów, częściej atakowałeś i co do Twojego zwycięstwa nie ma dyskusji, ale nie była to łatwa walka.
TA: Briggs to twardziel, największy, z jakim dotąd walczyłem. Miałem wrażenie, że jak szybko i mocno go nie uderzę, to i tak nie powalę go na deski. Ale nawet przez moment nie wątpiłem w wygraną.

Gazeta.pl: Nawet po tym, jak posadził Cię na deskach?
TA: Bardziej była to moja wina niż był efekt jego ciosu. Źle stałem na nogach i przez to straciłem równowagę.

Gazeta.pl: Ja byłem w szoku - nokdaun w pierwszej rundzie.
TA: Dlatego ty piszesz o boksie, a ja jestem mistrzem świata (śmiech). Nie byłem nawet zamroczony, szybko wstałem i robiłem swoje.

Gazeta.pl: Szczególnie w ostatniej rundzie. Zadałeś w niej ponad 100 ciosów.
TA: Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy (śmiech).

Gazeta.pl: Po pojedynku z Briggsem wspomniałeś, że chciałbyś walczyć już w styczniu, na ile ten termin jest realny?
TA: Od Ziggy'ego Rozalskiego wiem, że Amerykanie są zachwyceni moim pojedynkiem. Myślę, że styczeń wcale nie jest abstrakcyjnym terminem. Tym bardziej że już trwają rozmowy z HBO.

Gazeta.pl: Don King nie będzie robił problemów?
TA: To znów jest dobry "Dziadek", który bardzo mnie kocha. Ale teraz podchodzę do tego z dużym dystansem. Wiem, na co go stać. Myślę jednak, że się dogadamy. Kontrakt z telewizją to spora kasa, a jak King wyczuje kasę, to nie będzie robił żadnych problemów.

Gazeta.pl: Masz wymarzonego rywala?
TA: W moje kategorii nie brakuje znanych nazwisk, ale mi wciąż marzy się Roy Jones Jr. Po pierwsze, to legenda boksu, po drugie, każda stacja za oceanem chciałaby ją pokazać. Ale na Bernarda Hopkinsa czy Antonio Tarvera też bym się nie obraził. Chcę kogoś wielkiego.

Gazeta.pl: Przeprowadzisz się za ocean?
TA: Nie podjąłem jeszcze decyzji, ale tylko w USA można zrobić karierę choćby dlatego, że tylko tam znajdę rywali do sparingów. Poza tym rozłąka z żoną, córkami - to nie pomaga. Ale na dłuższą metę nie wyobrażam sobie życia za oceanem. Nawet jak wyjadę, wrócę za kilka lat.

Gazeta.pl: Pojawiły się plotki o nieporozumieniach między Tobą, a Andrzejem Gmitrukiem. Ile jest w nich prawdy?
TA: Bzdura, szkoda gadać. Andrzej miał zawał, a ja słyszę, że jego stan zdrowia to tylko wymówka. Jeśli wyjadę do USA, Andrzej nie będzie mógł mnie szkolić i tyle.

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © GAZETA