Jak spadać, to z wysokiego konia. To miał być kluczowy moment kariery Cassiusa Chaneya (24-4, 17 KO), skończyło się jednak klapą na całej linii.
Swego czasu uważany był przez niektórych za prospekta wagi ciężkiej, ale po wpadce z Ariasem w 2021 roku jego akcje mocno spadły. W końcówce zeszłego roku podpisał kontrakt na walkę z wracającym Anthonym Joshuą i to miała być jego życiowa szansa. Nie tylko sportowa, ale i finansowa. Na dzień przed wylotem do Wielkiej Brytanii - nieoczekiwanie - walka została skasowana. Czemu? Bo w ciągu kilkudziesięciu godzin klepnięto walkę AJ-a z Jake'em Paulem.
Chaneyowi szansa przeszła obok nosa, ale wygrywając kolejne walki w końcu doczekałby się kolejnej. Dlatego dziś w nocy skrzyżował rękawice z Alexandrem Floresem (21-5-1, 19 KO). Chaney zdominował początek walki. W pierwszej rundzie miał rywala na deskach, w drugiej również wyraźnie nad nim górował, od trzeciej jednak jakby zabrakło mu paliwa i zaczął słabnąć. Flores wyczuł swoją szansę i podkręcił tempo. Efekt? Po siedmiu rundach Alexander prowadził już na wszystkich kartach 67:65, natomiast wyczerpany Chaney pozostał w narożniku przed ósmą odsłoną.