Kinomani doskonale zapewne kojarzą postać Billa „Rzeźnika”, w którego rolę w filmie „Gangi Nowego Jorku” wcielił się przed kilkoma laty doskonały Daniel Day-Lewis. Wiedzą też, że rzeczywiste wydarzenia często stają się dla scenarzystów jedynie kanwą, na bazie której budowane są nowe, odbiegające od prawdy, ale za to atrakcyjniejsze dla mas, historie. Efektowny obraz Martina Scorsese nie jest tutaj wyjątkiem. Jak więc naprawdę potoczyły się losy Billa „Rzeźnika” i cóż wspólnego miały one z pięściarstwem?
W połowie XIX wieku spowite brudem ulice nowojorskiej Five Points skrywały wszystko to, od czego wzrok momentalnie odwracają tak zwani porządni obywatele. Nędza, kradzieże, rozboje, morderstwa, rozglądające się za klientelą kurwy oraz tabuny propagatorów najbardziej rozpowszechnionego narkotyku świata – alkoholu. Dla jednych raj na ziemi, dla drugich materializacja piekła. Jeszcze innym ta nadpsuta część „Wielkiego Jabłka” jawiła się jako ucieczka przed pewną śmiercią.
Po drugiej stronie oceanu, w Irlandii, trwał właśnie okres wielkiego głodu. Ziemniaki, podstawa jadłospisu w tej części świata, pokrywały czarne plamy, uniemożliwiające zarówno smaczną, jak i bezpieczną konsumpcję. Ci najbardziej zdesperowani szukali ratunku w trawie, łudząc się, że tego typu posiłek pozwoli im utrzymać się przy życiu. Ci, którzy mieli nieco więcej szczęścia, wsiadali na statek i czym prędzej opuszczali ojczyznę, wskutek zarazy zubożałą o półtorej miliona obywateli. Niewiele mniej, ponad milion, postawiło wkrótce swe stopy na amerykańskiej ziemi.
W Five Points Irlandczycy lądowali w obskurnych, zaciemnionych lokach, stanowiących idealne miejsce do rozwijana stanów depresyjnych. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnęła polityka, zawsze gotowa przyjść z odsieczą w zamian za głosy, jakkolwiek fałszywe by one nie były. Efektywne nakłanianie, nierzadko siłą, obywateli do złożenia odpowiedniego podpisu na karcie wyborczej, było gwarancją pracy i wiążącego się z nią stałego dochodu.
Przybysze z zielonej wyspy, w trosce o przyzwoite życie, zaczęli się więc organizować się w gangi, wspierając działalność partii demokratycznej z siedzibą w Tammanny Hall. Ich polityczno-przestępczym podbojom przewodził popularny pięściarz i hulaka John Morrissey.
Nazywali go „Old Smoke”. Według legendy, niejaki Tom McCann w barowej walce z Morrissey’em popchnął swego adwersarza na pracujący w pobliżu piec, wywołując żarzenie się spodni Johna. Czuć było ponoć smród palącej się skóry. Dla Morrissey’a nie stanowiło to problemu, bo dosłownie… palił się do walki. I, przezwyciężając ból, ostatecznie to on opuścił pole bitwy w roli tryumfatora.
Właśnie swą wytrzymałością i uporem „Old Smoke” nadrabiał wszelkie braki w wyszkoleniu. Nie bez znaczenia było też szczęście oraz jego niezbyt życzliwi w stosunku do rywali towarzysze otaczający ring. Nie trzeba bowiem zdolności logicznych Sokratesa, aby przewidzieć, że implikacją pobicia kompana kilku zwyrodnialców na ich oczach, będzie, w najlepszym wypadku, krótkie spotkanie z lekarzem. Wiedział o tym George Thompson, celowo faulując Johna w ich pojedynku w sierpniu 1852 roku. Yankee Sullivan był bardziej honorowy, ale w trzydziestej siódmej rundzie rozegranej w roku 1853 walki wdał się w pięściarską dyskusję z sekundantami oponenta i nie zdołał na czas zareagować na komendę sędziego, przywołującego zawodników do wznowienia batalii. Morrissey został tym samym ogłoszony mistrzem Ameryki i jego sława rozeszła się po całym kraju, czyniąc z niego jednego z najbardziej wziętych obywateli.
Nie zawsze jednak popularność Morrissey’a i jego ferajny szła w parze z poklaskiem i podziwem tłumu. Szczególnie wrogo nastawieni byli doń członkowie ugrupowania Know Nothing. Stanowili oni natywistyczne stowarzyszenie, emanujące szeregiem najniższych uczuć w stosunku do katolickich imigrantów z zielonej wyspy, uznając ich za poważne zagrożenie dla rdzennych Amerykanów i bagażu ich wartości. Dumnym liderem ruchu był urodziwy wąsacz William Poole, znany też pod zatrważającym pseudonimem Bill „Rzeźnik”.
Istotnie, Poole był rzeźnikiem. Bardzo dobrym rzeźnikiem. Ale w walce, równie swobodnie co z tasakiem, czuł się i bez niego. Nie wiódł wprawdzie zawodowej kariery jak Morrissey i nie miał na koncie tak głośnych sukcesów, jednak wielokrotnie dawał dowody swej bojowości w uliczno-salonowych potyczkach.
Nie trudno sobie wyobrazić, że jako członkowie obozów o tak różnej myśli politycznej, Morrissey i Poole – który notabene naraził się Johnowi, stawiając ongiś pieniądze na jego przeciwnika, Sullivana - za sobą nie przepadali. Konflikt narastał i w końcu, po nerwowym spotkaniu dżentelmenów w City Hotel, sprowadził się do nieuniknionego – bezpośredniej konfrontacji.
Rozegrano ją dwudziestego szóstego lipca 1854 roku. „Rzeźnik” wykorzystał przywilej wyboru miejsca walki, decydując się na dok przy Amos Street. Mieścił się on w sąsiedztwie siedziby jego gangu, co, naturalnie, nie napawało jego oponenta szczególnym optymizmem. „Old Smoke” jednak, wbrew radom życzliwych mu osób, w samotności udał się na plac boju, wierząc w szlachetność rywala i w to, że mecz będzie miał uczciwy, sportowy przebieg.
Według naocznego świadka, który relacjonował losy pojedynku dla New York Daily Times, mecz trwał niespełna pięć minut. Już na starcie, w wyniku klinczu, Poole miał przewrócić Morrissey’a i poddać twarz leżącego rywala krótkiemu, acz niezbyt przyjemnemu zabiegowi deformacyjnemu. Niezadowolony z sesji „Old Smoke” krzyknął w końcu „Dość!” i polityczno-gangsterski blitzkrieg dobiegł końca.
Przytoczona wyżej wersja zdarzeń różni się nieco od tej, którą w kilka dni po walce zaprezentował w New York Timesie sam Morrissey.
'[…] Uderzyłem Poole’a i zaraz potem dorwało się do mnie około pół tuzina stojących za mną facetów. Poole wtedy sklinczował, ale nie powalił mnie, jak błędnie pisano w gazetach. Publiczność się wtedy do mnie dorwała i przewróciła. Gdy upadłem, Poole znajdował się w takiej pozycji, że było właściwie niemożliwe, aby mnie uderzył. W chwili, gdy upadliśmy, jego przyjaciele zaczęli mnie kopać i krzyczeć „Zabić go”. Poole nigdy nie zadał mi jednego nawet ciosu, ale ugryzł mnie w policzek. Rozejrzałem się, sprawdzając czy nie ma kogoś znajomego. Nie zobaczyłem nikogo, prócz kopiących mnie kompanów Poole’a. Zacząłem myśleć, że mnie zabiją i krzyknąłem „Dość”'
Gdziekolwiek prawda by nie leżała, faktem było, że „Old Smoke” zebrał solidne manto. I nie zamierzał o tym szybko zapomnieć.
Dwudziestego piątego lutego 1855 roku Morrissey spotkał Poole’a w salonie w Stanwix Hall. Zanim doszło do rozlewu krwi, na miejsce przybyli wezwani przez właściciela lokalu funkcjonariusze. Pod nadzorem stróżów prawa John opuścił lokal i udał się do domu.
„Rzeźnik” również wyszedł, ale tylko na chwilę. Po powrocie ujrzał w drzwiach rozwścieczonych pobratymców Morrissey’a. Jeden z nich, Jim Turner, podszedł do Poole’a i splunął mu w twarz. Chwilę później wypalił do niego z pistoletu, tak jednak niefortunnie, że sam postrzelił się w rękę. Następna próba była bardziej precyzyjna, dosięgając nogi lidera natywistów. Kompan Turnera, Lew Baker, podbiegł zaraz do leżącego „Rzeźnika” i poczęstował go dwiema kolejnymi kulami.
Rannego Poole’a przewieziono do domu. Zmarł ósmego marca. W kilka minut przed śmiercią, miał powiedzieć, „Żegnajcie chłopcy. Umieram jako prawdziwy Amerykanin”.
Morrissey zwyciężył jeszcze w ringu cenionego Johna Heenana i pod koniec lat pięćdziesiątych ogłosił swe wycofanie. Na sportowej emeryturze na dobre zajął się polityką. Przez dwie kadencje był członkiem Kongresu Stanów Zjednoczonych. Zmarł pierwszego maja 1878 roku w Saratodze, przeżywszy czterdzieści siedem lat.
Po zamordowaniu „Rzeźnika” Lew Baker ukrywał się poza miastem. Schwytany w końcu przez władze, stanął przed sądem. Wyrok? Niewinny. Sędzia? Tammanny Hall.