| |
04-05-2008
Oscar De La Hoya wygrał trening za miliony
Pokazówka na stadionie
Steve Forbes (33-6, 9 KO) wyszedł przed 27 tysiącami widzów na ring ustawiony na samym środku piłkarskiego boiska Home Depot Center, na którym grywa David Beckham i Los Angeles Galaxy, do znanego przeboju zespołu Eurythmics – „Sweet Dreams”. Na snach się skończyło. W pojedynku z mistrzem świata w pięciu kategoriach wagowych, „Złotym” Chłopcem Oscarem De La Hoyą (38-5, 30 KO), Forbes zarobił swoje 700 tysięcy dolarów, będąc rywalem na którego tle Oscar doskonale wyglądał i ładnie, jednogłośnie na punkty, wygrał. Czy przygotowało go to do walki z najlepszym pięściarzem wszechwag, Floyd’em Mayweatherem juniorem, przekonamy się za cztery miesiące.
Idealny rywal?
„Oscar jest biznesmenem , multimilionerem, ma wiele na głowie, a tak naprawdę myśli już tylko o rewanżu z Mayweatherem. Dlatego jestem w idealnej sytuacji, żeby wygrać”– tak twierdził przed walką Forbes. Oscar przyznawał, że Forbes ma być „na przetarcie”, choć jednocześnie ciągle podkreślał, że walczy z byłym mistrzem świata, którego nikt jeszcze nigdy nie położył na deski, więc bierze sobie naprawdę trudnego rywala.
Oscar mówił przed walką, że najważniejszym dla niego uderzeniem będzie lewy prosty, którego zabrakło mu w końcowych rundach przegranej walki z Floyd’em Mayweatherem jr. Miał ich zadawać przynajmniej trzydzieści na rundę i w początkowych starciach udawało mu się to bez większych problemów. Forbes przyjmował, ale też wielokrotnie potrafił trafić sławnego rywala. Później był już tylko mocny trening w którym Forbes kiedy tylko próbował trafiał Oscara, ale że nie ma mocnego ciosu, nie miało to żadnego znaczenia. Bardziej denerwujące dla De La Hoyi, który zadawał ciosy znacznie silniejsze i robił to częściej, musiał być fakt, że jego rywal naprawdę miał okazję go trafiać, co przeciwko lepszemu rywalowi na pewno nie uszłoby mu na sucho. W czwartej rundzie Forbes czuł się nawet tak pewnie, ze zaczął pięściarskie wygłupy– wysuwał do przodu głowę, jakby zapraszając Oscara do zadania ciosu, tańczył na nogach i balansował ciałem pokazując De La Hoyi, że naprawdę się go nie boi. Jakie to miało znaczenia dla punktacji rund? Niewielkie, bo to De La Hoya wygrał każdą z nich.
Polowanie na nokaut
Mniej więcej od połowy walki Oscar doszedł do wniosku, że warto by ten sparing zakończyć przed czasem– kombinacje i lewy prosty zastąpiły rzadsze, ale mocniejsze uderzenia. W siódmej rundzie prawie mu się udało- dwukrotnie przytrzymał Forbesa na linach, trafiając go celnymi prawymi i lewymi prostymi, ale z siłą ciosu „Złotego Chłopca” najwidoczniej nie jest na razie najlepiej, bo Forbes tylko trochę zwolnił, choć nogi się pod nim nie ugięły. Im dłużej trwał ta walka, tym większe wrażenie można by odnieść, że obaj panowie doskonale wiedzą, czego się od nich oczekuje– Forbes, który ostatnie 5 lat swojej kariery poświęcił bardziej byciu sparingpartnerem, robił dokładnie to samo w Carson City (nawet potakiwał zachęcająco, kiedy De La Hoya go dobrze trafił), a Oscar mógł wypróbować każde ze swoich uderzeń.
Po ogłoszeniu jednogłośnego zwycięstwa De La Hoyi (wygrał 11 z 12 rund) było pełno komplementów. „Chciałem powiedzieć, że dokładnie tak chciałem walczyć. Miałem nadzieję, że wygram przed czasem, ale mi się nie udało. Jestem trochę tym rozczarowany, ale to tylko pokazuje jakim twardzielem jest Steve. Tak samo będę bił się z Floy’dem– cios za cios, lewy prosty ustawiający walkę”- powiedział De La Hoya. Jego rywal, który zadał o 101 mniej ciosów w ciągu 12 rund (253- 152 dla Złotego Chłopca) trzymał się swojej roli najlepiej opłacanego sparingpartnera świata do końca, potwierdzając, że taka forma wystarczy Oscarowi, by wygrać rewanż ze Pretty Boy’em.
Przemek Garczarczyk
|
|