18-03-2008

           Guliwer w krainie liliputów

           Zaryzykuję tezę, że czołowy polski pięściarz zawodowy wagi ciężkiej Mariusz Wach ma co nieco wspólnego ze Słowackim. Oczywiście nie ze słowackim niby-bokserem (czyli z miłośnikiem piwa i knedliczków z ojczyzny ringowych kelnerów – Słowacji), lecz z polskim wieszczem narodowym Juliuszem. Nie chodzi rzecz jasna o to, że nocami, zamiast spać po wyczerpujących treningach, Mariusz (z rozwianymi natchnieniem włosami), płodzi gęsim piórem wiersze i dramaty.

           PRZESIADKA Z MERCEDESA DO „MALUCHA”

           W swoim najbardziej znanym dziele, będącej wciąż (mimo wysiłków wysokiego niemal jak bohater tego artykułu ministra edukacji) lekturą szkolną powieści „Ferdydurke”, tyleż kontrowersyjny co wybitny polski pisarz Witold Gombrowicz kpił ze stwierdzenia „Słowacki wielkim poetą był”. Bardziej oczytani kibice boksu być może parafrazują to zdanie, mówiąc, że Wach wielkim pięściarzem jest. Ci złośliwsi dodają, iż tylko ciałem (202 cm, 120 kg). Ja jestem przekonany, że także potencjałem i mówienie o nim, jako o następcy Andrzeja Gołoty nie jest wyłącznie promocyjnym chwytem. Facet, który podczas sparingów toczy wyrównane boje z takimi asami wagi ciężkiej, jak Rusłan Szagajew i Nikołaj Wałujew zasługuje na spory kredyt zaufania.

           Problem polega na tym, że po takich przygotowaniach na światowym poziomie Mariusz zmuszony jest do krzyżowania rękawic z pięściarzami znacznie odbiegającymi klasą od wyżej wymienionych czempionów (aktualnego oraz byłego) prestiżowej WBA. Przypomina to trochę przesiadanie się z limuzyny do poloneza.

           Wyjątkowym kuriozum – porównywalnym do przesiadki z mercedesa do „malucha” - okazał się zwłaszcza ostatni „pojedynek” Wacha. Nawet kompletny laik musiał zauważyć, że jego rywal ma takie szanse na przetrwanie (choćby dwóch rund), jak kropla rosy w piekle. Dla niewtajemniczonych dodam, że ten bon mot to „kostyryzm”, czyli jeden z licznych aforyzmów bokserskiego komentatora Andrzeja Kostyry.

           Gdy naprzeciw Mariusza na ringu w dolnośląskim Dzierżoniowie stanął Brazylijczyk Eduardo Franca, rozległ się gromki śmiech wypełniającej szczelnie halę publiczności. Obu panów dzieliła różnica dziesięciu cali (25,4 cm) i Mariusz - mający głowę „na innym piętrze” - musiał się czuć, jak Guliwer w krainie liliputów. Jak czuł się Eduardo, aż strach pomyśleć, bo sporym wysiłkiem musiało być dla niego już rytualne spojrzenie w oczy rywala przed pierwszym gongiem.

           SPACER PO POLU MINOWYM

           Śmiesznie było także przez następne dwie i pół minuty. Bowiem początkowo Wach się wahał (no bo bić małego nie uchodzi) i oganiał się przed pobudzonym strachem rywalem delikatnymi lewymi prostymi niczym łagodny niedźwiedź przed buldogiem.

           Gdy Brazylijczyk za bardzo się rozzuchwalił, starsi kibice, pamiętający heroiczne boje malutkiego Lucjana Treli z potężnym Niemcem Peterem Hussingiem, zrozumieli, że powtórki z rozrywki (kiedy to popularny Lucek pokonał późniejszego mistrza Europy) nie będzie. Mariusz - zirytowany zbieraniem na gardę natrętnych sierpów rywala - dodał prawy do lewego i Eduardo padł jak pies Pluto.

           Franca leżał przez dobrych trzydzieści sekund, a gdy pozbierał się przy pomocy sekundanta i lekarza, chwiał się niczym łódeczka na wzburzonym oceanie. Brazylijczyk, który jeszcze w grudniu ubiegłego roku zdołał osiągnąć podczas oficjalnego ważenia górny limit kategorii superśredniej (168 funtów – 76,2 kg), wskoczył na zbyt głęboką, a raczej zbyt ciężką (czyli atomową) wodę. Pół godziny po „egzekucji”, smętnie oparty o ścianę, obserwował wyrównaną walkę wieczoru, której stawką był pas TWBA w jego niedawnej kategorii. Wprawdzie zwycięski w tym pojedynku obrońca tytułu Piotr Wilczewski raczej dałby mu niezłą lekcję boksu, ale Eduardo przynajmniej nie miałby wrażenia, że – tak jak wtedy, gdy starał się trafić Wacha - spaceruje po polu minowym.

           On jednak, goniąc za bardziej lukratywnymi gażami, zdecydował się dopompować na siłowni do dolnego limitu wagi ciężkiej (200 funtów – 90,7 kg). Nie można wykluczyć, że tuż przed wejściem na wagę musiał zjeść podwójny obiad i popić to kilkoma litrami wody.

           Efekt był opłakany i mam nadzieję, że Mariusz ostatecznie wybił Francy z głowy wycieczki do bokserskiej krainy olbrzymów. Liczę też na to, że w kolejnej walce rywalem naszego „Kolosa” będzie zawodnik zbliżony wymiarami, i zwłaszcza klasą, do zapowiadanego jako jego rywal w Dzierżoniowie Aldo Colliandera (196 cm, ponad 100 kg). Pochodzący z Senegalu Szwed, który w lipcu nie pękał przed wielką nadzieją heavyweight - mistrzem olimpijskim z Aten, Kubańczykiem Odlanierem Solisem - podobno wycofał się w ostatniej chwili.

           Matchmaker nie załatwił przyzwoitego zastępcy i w „klatce” zapachniało szpitalem. Na twarzy siedzącego tuż przy ringu zwykle bardzo pogodnego Wacha seniora malował się spory niepokój - o zdrowie Brazylijczyka i być może o świetnie zapowiadającą się karierę syna. Kto wie, czy nie słyszał o opinii, że wielki czempion półśredniej Emile Griffith – od czasu, gdy w 1962 roku Benny Peret zmarł 10 dni po ich trzeciej walce – podobno w kolejnych pojedynkach podświadomie unikał zadawania ciosów z pełną siłą. Wprawdzie Griffith zdobył później także tytuł w średniej, ale dla wielu taka przypadłość – zwłaszcza dla pięściarza dążącego do sukcesów w wadze ciężkiej – może okazać się balastem nie do udźwignięcia. Kolejnego narażenia dobrodusznego Mariusza na takie stresy, jak w Dzierżoniowie, ryzykować nie warto. Choćby jego pojedynek miał zostać odwołany...

           ROBERT KRZAK

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © REDAKCJA