|
17-12-2007
Rekord Ukraińca Andreia Rimera (4-7-1, 3 KO) na pierwszy rzut oka nie był zbyt przekonujący. Po bliższym przyjrzeniu się trudno jednak nie zauważyć, że zawodnik ten nigdy dotychczas nie przegrał przed czasem, dodatkowo potykał się z kilkoma dobrymi oponentami (np. Urkal – niespecjalnie wysoka porażka punktowa) i może pochwalić się wygraną przez nokaut nad niepokonanym Oliverem Guettelem. Mało zorientowani sympatycy boksu nie są jednak w stanie zrozumieć, że rekord niekoniecznie musi odzwierciedlać umiejętności. Bardzo dobrym przykładem na poparcie tego co mowie jest „Fearless” Freddie Pendelton, który mając rekord 32-17-4, 22 KO został mistrzem świata IBF wagi lekkiej, tytuł ten jeszcze udało mu się raz obronić. „Nieustraszonemu” z pewnością pomogły w osiągnięciu celu (mimo, ze przegrane) takie walki jak ta z Pernellem Whitakerem (którego porażka z niepokonanym Oscarem de la Hoya była mocno dyskutowana). Dzięki nim nabrał doświadczenia. Freddie jest wiec przykładem profesjonała znacznie lepszego niż „cyferki”. Po przeciwległej stronie skali można postawić chociażby Ricka Dyera, który swego czasu legitymował się rekordem w którym było 13 walk, 13 zwycięstw, 13 nokautów, 9 w 1 rundzie. Zawodnik ten miał też 206 cm wzrostu i 130 kg wagi. Całość na papierze prezentowała się zatrważająco. Problem w tym, że Pan Dyer okazał się być papierowym tygrysem, wolnym, słabym technicznie nieskoordynowanym, niespecjalnie trudnym do trafienia. Szkoda, że tak mało polskich kibiców rozumie takie niuanse. Przerażające jest to, ze dla nich jedyną oceną wartości danego zawodnika jest rekord. Śmieszy zaś, że nie odróżniają w tym sporcie rzemieślników, solidnych „przegrywaczy” (amerykanie nazywają takich „jorneyman”) od kelnerów a wiec nieudaczników (amerykańskie „bum”). Możliwe, że Freddie Pendelton z 93 roku przyjeżdżając do Polski miałby dolepioną łatkę kelnera, niepokonany Rick Dyer zaś przez rozentuzjazmowanych kibiców prawdopodobnie byłby określany postrachem amerykańskich ringów.
Oczywiście Andrei Rimer nie jest zakamuflowanym, przyszłym mistrzem świata (a przynajmniej nic na to nie wskazuje) potrafi jednak sprawić trochę kłopotów początkującym ale też i bardziej zaawansowanym zawodnikom, co u bokserów zawodowych z jego rekordem zdarza się niezmiernie rzadko. Tak właśnie było w jego konfrontacji z Grzegorzem Proksą (13-0-0, 8 KO). Rimer to solidny ale jednocześnie mocno niekonwencjonalny „przegrywacz”. Ma dobrą prace nóg, lepsza niż u niejednego prospekta, robi dużo uników, dużo zwodów (czasami wręcz teatralnych), lubi poruszać się poza zasięgiem rywala, jego atak to najczęściej zrywy – doskakuje do rywala i stara się go trafić jakimś ciosem sierpowym. Do minusów trzeba zaliczyć zbyt małą aktywność oraz fakt, że są to najczęściej pojedyncze ciosy a do tego niejednokrotnie strasznie obszerne.
|
|||
| WWW.BOKSER.ORG | © GWAHLUR | ||