|
30-10-2007 „Spodziewam się, że szczęka Calzaghe wytrzyma mój pierwszy cios, drugi pewnie też. Ale wierzcie mi, trzeci nim wstrząśnie – a czwarty zatrzyma jego i całą walkę !” – tak przed zbliżającym się wielkim bokserskim widowiskiem odgraża się na konferencjach prasowych jeden z bohaterów sobotniego spektaklu, Duńczyk, Mikkel Kessler. „Viking Warrior” (39-0-0,29 ko’s) rzuca na szalę swoje mistrzowskie pasy WBC i WBA, podczas gdy Walijczyk (43-0-0,32 ko’s) do puli dokłada piastowany nieprzerwanie od równo dziesięciu lat prymat w wersji WBO. Miejscem tej elektryzującej bokserski świat rozgrywki będzie piękny Millennium Stadium w Cardiff, a liczba świadków tego pojedynku szacowana jest na niebotyczne 60 tysięcy widzów. Ta walka ma wszystko to, co można odczytywać jako zwiastun pięściarskiego klasyku. Obaj niepokonani. Obaj nieustępliwi. I w końcu obaj są rządzącymi championami, przy czym należy pamiętać, że Joe Calzaghe, okrzyknięty przez swoich sympatyków „Dumą Walii” jest najdłużej panującym obecnie mistrzem, a jego dwadzieścia obron tytułu stawia go w czołówce rankingu na największą ilość obron w całych dziejach zawodowego boksu. Więcej mieli tylko Sven Ottke, Dariusz Michalczewski (po 23) i legendarny Joe Louis (który wychodził zwycięsko z 25 kolejnych obron tytułu). Duńczyk ma zdecydowanie mniejsze doświadczenie w starciach „o pas”, ale rekompensuje to sobie doskonale posiadaniem aż dwóch mistrzowskich laurów, i to dwóch najpotężniejszych dziś federacji. Wprawdzie Calzaghe również przez moment w swojej kolekcji miał prymat IBF, lecz zrzekł się go, aby uniknąć obowiązkowej - i nie gwarantującej wielkiej wypłaty – obrony. Przed nami zatem wielka bokserska bitwa. Nieczęsto bowiem zdarza się by w walce unifikacyjnej stawało naprzeciw siebie dwóch championów, co więcej, nie zaznajomionych uprzednio z goryczą porażki. Jeden z nich „musi” przegrać, i to dodaje całemu wydarzeniu wielkiej pikanterii, co przecież tak bardzo kochają kibice na całym globie. Zarówno Joe Calzaghe jak i Mikkel Kessler to wielcy wojownicy. Prawdziwi fighterzy, którzy jedli już chleb z niejednego ringowego pieca. Obaj są niewiarygodnie szybcy (szczególnie podziw mogą budzić błyskawiczne kombinacje ciosów mistrza WBO, który jest w stanie wyprowadzać po 6-7 ciosów w jednej serii), obaj potrafią niezwykle mocno uderzać, a siła w ich zmaganiach zawsze idzie w parze z nienaganną techniką i diabelnie inteligentną taktyką. Tak Walijczyk, jak Duńczyk wiedzą jak dostosować swoje umiejętności do stylu rywala, potrafią reagować na wszystko co przynosi każda, pojedyncza sekunda w ringu, zadziwiają niespotykanym refleksem, mają niezwykle szybki przegląd sytuacji. W nadchodzącym starciu ten ostatni element może okazać się kluczowym, bo sytuacja może zmieniać się tu jak w kalejdoskopie. Oceny i przewidywania ekspertów co do rezultatu sobotniej walki są podzielone. Jedni jako atut widzą szybkość i ogromne doświadczenie „Włoskiego Smoka” – jak też zwany jest Calzaghe ze względu na fakt swoich korzeni – inni dopatrują się przewagi w sile i konsekwencji Kesslera. Jego lewy prosty uważany jest za jeden z najlepszych w tej wadze, a może i w całej Europie. Fachowcy zwracają też jednak uwagę na mankament stylu Duńczyka, który mówiąc obrazowo, nierzadko walczy cały czas „do przodu”, ustawiony non stop twarzą prosto do rywala, przez co jego zachowanie może zdawać się przewidywalnym, i łatwym do ogrania. I choć rzeczywiście, Joe jest prawdziwym geniuszem zadawania ciosów w wielu płaszczyznach, to sztywny, podwójny prosty Mikkela łamał już niejedną obronę, a co za tym idzie - wolę walki. Co o samej walce mają do powiedzenia dwaj jej główni aktorzy? Niewiele. Kessler schowany w sali treningowej raczej unika kontaktu z prasą, a sam Calzaghe też nie spekuluje za dużo, gdyż nigdy nie leżało to w jego naturze, i jak zawsze przede wszystkim koncentruje się na czekającym go wyzwaniu. Jednak dwaj wielcy oponenci nie mogą zapominać, że ta sobotnia noc to dla nich wielka szansa. Szansa nie tylko na to, by zunifikować trzy mistrzowskie pasy i zasiąść na bezdyskusyjnym tronie wagi super-średniej (zyskując wizerunek największego pięściarza wszechczasów w tej dywizji), ale także okazja by wedrzeć się przebojem na rynek amerykański. O tym marzy każdy pięściarz, a sam Joe mówi już o tym od dawna, co jest po wielkiej myśli bossów giganta telewizyjnego HBO (który swoją drogą przeprowadzi do Stanów transmisję w systemie PPV z tego pojedynku) – szykujących mu w przyszłym roku mega-walkę z królem wagi średniej i półciężkiej, Bernardem Hopkinsem. Kessler również pragnie chwały i splendoru za Oceanem, więc on też da z siebie w tej walce wszystko. I tego właśnie możemy być pewni. Żaden z nich nie cofnie się w tej walce o krok. Obaj bez wątpienia przyjmą zaproszenie do mrożących krew w żyłach wymian ciosów, ryzykownych akcji, obaj zostawią w ringu zdrowie byle by tylko zejść z ringu w glorii zwycięzcy. Czekają nas więc wielkie fajerwerki, ogromna dawka emocji i bokserskiej wojny. Rywale dysponują niszczycielskim ciosem, warto przypomnieć, że na 32 nokauty Walijczyk aż 21 razy wygrywał przed końcem trzeciej rundy, podczas gdy aż 18 na 29 pokonanych rywali Kesslera nie usłyszało gongu na czwartą rundę. Arsenały ich ciosów są zaopatrzone we wszystko, co tylko może zaoferować zawodnik przy użyciu dwóch pięści. Przy czym, raczej zgodzić należy się z tezą, iż „Viking Warrior” uderza mocniej i ciut celniej, a Joe z większym natężeniem, i w sposób bardziej zaskakujący przeciwnika. Jakkolwiek każdy, kto choć raz stał między linami ringu może z czystym sumieniem zapewnić, że sens takich teoretycznych porównań kończy się z pierwszym gongiem każdej potyczki. Niezwykłe dokonania jednakże – obu zawodników - to gwarancja, że i tym razem sympatycy szermierki na pięści poderwą się z siedzeń przeżywając w napięciu zmagania swoich ulubieńców. Calzaghe w swojej dotychczasowej karierze rozprawiał się takimi tuzami boksu jak genialny Chris Eubank (jednogłośnie na punkty po 12 rundach – wówczas zdobył pas WBO), mocny Mario Vait (dwukrotnie, odpowiednio przez TKO w pierwszym starciu, a w rewanżu w szóstym), niebezpieczny Byrone Mitchell (którego pokonał po walce-horrorze), ambitny Peter Manfredo (którego rozmontował w trzech rundach w swoim ostatnim pojedynku – kwiecień ’07) czy w końcu Jeff Lacy – wtedy mistrz IBF, dosłownie rozgromiony na dystansie 12 rund, co Calzaghe przypieczętował fundując mistrzowi przykrą wycieczkę na deski w ostatnim starciu. Była to najbardziej spektakularna wiktoria „Włoskiego Smoka” , i przyniosła mu uznanie i szacunek oglądających tą walkę „na żywo” ludzi w USA. Kogo pokonał Kessler? W talii jego zawodowych sukcesów również widnieje wiele bokserskich asów, kilka doprawdy dużych nazwisk. Warto chociaż wspomnieć Dingaan’a Thobelę (któremu odebrał koronę IBA, gładko wypunktowując go po pełnych 12 rundach), Anthonego Mundine (PKT 12), solidnego Erica Lucasa (techniczny nokaut w 10. rundzie). Za jego jednak najznakomitszą walkę uważana jest potyczka z Marcusem Beyerem z Niemiec, którego odprawił z przysłowiowym kwitkiem już w trzeciej rundzie, dając tym samym jasno do zrozumienia, że może walczyć i wygrywać z każdym. W jednej kwestii jednak nie może być wątpliwości : oni dopiero sami dla siebie będą największym wyzwaniem w dotychczasowej przygodzie z boksem. Ci dwaj nie zwykli przegrywać, nie mają w zwyczaju robić choć jednego kroku w tył, oddawać pola rywalom, przyjmują wojny twarzą w twarz bez mrugnięcia oka. Są nieustraszeni i zawsze głodni wygranej. Akurat tego, że z ringu posypią się iskry możemy być pewni. Pytanie tylko jak szybko wypali się w tym przypadku lont i eksploduje bomba, która zakończy marzenie jednego, a drugiemu przyniesie wieczną bokserską chwałę... Dowiemy się tego już w najbliższą sobotę gdy niepokonani Joe Calzaghe i Mikkel Kessler skrzyżują rękawice w walce o zunifikowany tytuł mistrza świata wagi super-średniej WBC, WBA, i WBO. |
|||
| WWW.BOKSER.ORG | © Rafał Rogacki | ||