25-10-2007

           Amatorskie mistrzostwa świata w boksie na ringach Chicago .

           Trójka do Pekinu?

           Adam Kusior jest prezesem zarówno polskiego boksu zawodowego, jak amatorskiego i jak sam przyznaje „Jestem zawsz rozdarty pomiędzy tym, co dobre dla polskich zawodowców, jak chłopaków występujących na olimpiadach i mistrzostwach świata”. Te ostatnie rozpoczęły się właśnie w Chicago, mieście które jest amerykańskim kandydatem na organizację letnich igrzysk olimpijskich w 2016 roku. O szanse udziału w igrzyskach w Pekinie walczy dziewięciu Polaków., ale jak przyznaje prezes Kusior, „awans trójki z nich byłby olbrzymim sukcesem polskiego boksu”. Trudno nie przyznać mu racji pamiętając, że jeszcze kilka lat temu nad Wisłą nie było nawet rozgrywek ligowych, a ostatni polski medal na mistrzostwach to brąz Aleksandra Kuziemskiego (81 kg) sprzed czterech lat w Bangkoku. Jak na razie jest dobrze – dwie pierwsze walki i jedno zwycięstwo: Marcina Łęgowskiego (64 kg) z Dżemalem Ferahovicem (Bośnia-Hercegowina) .

           Adam Kusior: „Zaczęło się od losowania”

           AIBA nigdy nie miała najlepszej opinii w świecie sportowych zrzeszeń. Wątpię, żeby ta opinia zmieniła się wraz z odsłonięciem nowego loga organizacji - stylizowanej postaci pięściarza bijącego prawy prosty. Trudno bowiem wyobrazić sobie , jak to możliwe, by w 2007 roku, AIBA nie mogła wprowadzić do komputera danych statystycznych wszystkich uczestników, umożliwiając losowania uznające pozycję sportowców według ich osiągnięć. Zamiast tego wrzucono wszystkie nazwiska do jednego „kapelusza”, sprawiając, że już w pierwszej rundzie mogli walczyć przeciwko sobie np. mistrz i wicemistrz świata z poprzedniej imprezy, a na ringu obok ze zwycięstwa i awansu do następnej rundy cieszyłby się reprezentant Botswany.

           „To mi się od razu nie podobało” – mówi prezes Adam Kusior. „Nie jestem też zadowolony z transportu, ale mam nadzieję, że to się wyklaruje w trakcie trwania imprezy. Co do szans naszych pięściarzy, to awans trójki do olimpiady w Pekinie byłby wielkim sukcesem, choć teoretycznie każdy z zawodników kadry, których przywieźliśmy do Chicago może wygrać dwie, trzy walki, a to wystarczyłoby do awansu. Taka jest sytuacja naszego boksu. Marcin Łęgowski, który jak pierwszy z naszych wygrał swoją walkę walczył bardzo mądrze z Dżemalem Fetahovicem, ale w drugiej już czeka na niego brązowy medalista z Aten i ubiegłorocznych mistrzostw Europy, Rumun Gheorghe Ionut. Marcin już raz z nim walczył i wyraźnie przegrał, ale twierdzi, że teraz będzie zupełnie inaczej boksował. Jak wygra, jest jedną nogą w Pekinie”. Kiedy zapytałem Adama Kusiora, jak sobie radzi łącząc funkcje prezesa zawodowców i amatorów, gdzie musi występować sprzeczność interesów, prezes tylko pokiwał głową. „AIBA nie zezwala na łączenie tych funkcji, bo amatorzy nie mają mieć nic wspólnego z zawodowcami, ale przepisy w Polsce nakazują taką sytuację. Oczywiście, że to jest rozdarcie, bo z jednej strony chciałby, żeby chłopaki rozwijajali się jako amatorzy dając nam szanse na medale na igrzyskach, mistrzostwach świata i Europy, a z drugiej nie mogę im zamykać drogi do zawodowstwa tylko dlatego, że są jeszcze młodzi. Tą częścią działalności zajmuje wspólnie ze mną Andrzej Parzęcki, ale jest nad tym sporo łamania głowy. Już teraz wokół naszych zawodników kręcą się przedstawiciele grup zawodowych. A co będzie jak trafią się medale?”

           Gołota na sali

           Andrzej Gołota, który jeden ze swoich ostatnich międzynarodowych amatorskich pojedynków stoczył własnie jako reprezentant drużyny biało-czerwonych walczącej w towarzyskim meczu z USA w Chicago stara się kibicować każdemu z Polaków. Przed turniejem zaprosił całą kadrę do brazylijskiego steakhouse w centrum miasta, a teraz kibicuje im przy ringu. „Kadrę mamy ambitną, ale jedna rzecz się nie zmieniła od moich czasów – kazdy je co chce, nie przejmując się czy to dla niego dobrze, czy źle. Jak zobaczyłem, że chłopaki na dwa dni przed wyjściem na ring popijają coca-colę to mi oczy na wierzch wyszły” - mówi Andrzej Gołota. „Siedzę w Chicago bo chcę pomóc zawodnikom, zobaczyć kadrę, a powinienem trenować przed moją grudniową walką. Bo to polska kadra...”

           Chicago jak Atlanta?

           Jak wspomniałem we wstępie, mistrzostwa świata w Chicago są dla Wietrznego Miasta olbrzymim testem w wyścigu do olimpiady, ale po pierwszych 24 godzinach imprezy mam wrażenie, że miasto w tym wyścigu... na ostatnim miejscu. Przynajmniej z dziennikarskiego punktu widzenia. Ponieważ w UIC Pavillon, gdzie na dwóch ringach rozgrywane są walki nie ma zbyt wiele miejsca, organizatorzy wpadli na „genialny” pomysł ustawienia namiotu dla reporterów pomiędzy zawsze zatłoczoną autostradą Eisenhower Expressway i pod biegnącymi szynami kolejki łączacej śródmieście miasta. Skutek? Jest taki hałas, że nie słychać własnych myśli, nie mówiąc już o tym, żeby zamienić choćby jedno zdanie z kolegą po fachu. Ci, którzy obsługiwali fatalne pod względem organizacyjnym igrzyska w Atlancie, przede wszystkim dziennikarze prasy zagranicznej, komentują sprawę w jedn sposób: „ Minęło 11 lat, a Ameryka przez ten czas niczego się nie nauczyła...”

           Przemek Garczarczyk z Chicago

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © GARCZARCZYK