28-05-2007

          
Nie taki diabeł straszny…

           Nie sprawdziły się buńczuczne zapowiedzi, że „Spodek” nie będzie drugim „Torwarem”, zapewnienia o wysokiej formie Krzysztofa Włodarczyka, nokautującego jednego za drugim swoich sparingpartnerów, wreszcie jako ostatnia umarła nadzieja na zwycięstwo. Ringowa rzeczywistość okazała się bardzo brutalna – sobotnia walka pomiędzy Włodarczykiem i Steve’em Cunninghamem o pas IBF w kategorii cruiser, nie tylko stała na znacznie niższym poziomie niż pierwsze spotkanie tych pięściarzy w Warszawie, ale zakończyła się też klęską Polaka.

           Najbardziej bolesne dla nas – kibiców boksu zawodowego było jednak to, co tak trafnie określił redaktor Janusz Pindera: „Włodarczyk nie przegrał tej walki z Cunninghamem, on ją przegrał z samym sobą”. Bowiem Amerykanin potwierdził, że jest znakomitym defensorem, jednak nie pokazał nic, co predysponowałoby go do zaszczytnego trofeum mistrzowskiego. To Włodarczyk zrobił tak naprawdę niewiele, żeby ten pas obronić. Równie dobrze mógł poddać walkę i wrócić do szatni.

           Nie podzielam opinii Tomasza Adamka, który po walce twierdził, że Diablo był po prostu przemęczony zbyt ciężkimi sparingami. Nie sądzę również, aby wina leżała po stronie trenera Fiodora Łapina. W tym przypadku nawet zły trener nie był w stanie odebrać zwycięstwa Włodarczykowi, bowiem Cunningham nie robił nic innego niż pół roku temu na „Torwarze”. Wystarczyło wyciągnąć proste wnioski z tamtej walki, zadawać więcej ciosów (gdzie lewy prosty??!) i … pas IBF zostałby w Polsce. Diablo nie jest wybitnym pięściarzem, jednak Amerykanin był w zasięgu jego możliwości. Uważam, że Krzysztof Włodarczyk przegrał tę walkę w momencie, gdy wszedł do ringu – nie uniósł psychicznego ciężaru, który na nim spoczął, spalił się wewnętrznie, co tego sztywnego z natury boksera unieruchomiło jeszcze bardziej.

           W tym kontekście nie można uciec od narzucającego się skojarzenia. Oczywiście mam na myśli Andrzeja Gołotę. On również przegrywał swoje najważniejsze pojedynki sam ze sobą, choć w sposób bardziej spektakularny niż Włodarczyk. Wobec tego należy się obawiać, czy Diablo nie stanie się takim naszym drugim Gołotą? Przyszłość pokaże… Ja jestem pesymistą. Nawet, jeśli Krzysztof poradzi sobie psychicznie, to brakuje mu umiejętności czysto sportowych, aby mierzyć się z najlepszymi pięściarzami w wadze cruiser. Nie od dziś wiadomo, że w walce jest zbyt usztywniony, długo (albo w ogóle) się rozkręca, nie potrafi skoordynować pracy nóg z unikami tułowia, zbyt mocno polega na pojedynczym nokautującym ciosie, który sprawdził się w walce z Abdoulem itp., itd. To oczywiście zarzut pod adresem trenera, jednak przykład Jackiewicza pokazuje, że przygotowywani przez Łapina pięściarze rozwijają się również w dobrym kierunku. Zatem nie wszystko można zrzucić na barki trenera. Mści się oczywiście specyficzne prowadzenie Włodarczyka, który już jako doświadczony zawodnik miał kontraktowane walki z bardzo słabymi rywalami. To nie pozwalało na jego rozwój i dopiero ostatnie pojedynki, wygrane w kontrowersyjnych okolicznościach pokazały, jaki poziom w istocie prezentuje najjaśniejsza gwiazda Hammer Knockout Promotions. To prowadzi do kolejnego pytania: jaki wpływ sobotnia gala w Spodku może mieć na przyszłość samego Włodarczyka, grupy promotorskiej mecenasa Wasilewskiego i w ogóle boksu zawodowego w Polsce? Próbując odpowiedzieć na te pytania nie można zapominać o tym, że na horyzoncie pojawia się ciekawa konkurencja…

           Często krytykowałem poczynania Andrzeja Wasilewskiego, jednak w końcu uwierzyłem w jego promotorski geniusz, widząc jak wygrał z samym Donem Kingiem i przeciętnego pięściarza doprowadził do tytułu mistrzowskiego w jednej z najbardziej prestiżowych federacji. Drugi raz taka sztuka już pewnie mu się nie uda, przynajmniej z Włodarczykiem, jednak mam nadzieję, że wykaże się jeszcze promotorskim nosem i sprawi, że polscy kibice będą mieli kolejne powody do wdzięczności. Nie sądzę jednak, aby szef HKP ponownie w roli głównej obsadził Diablo. Styl boksowania byłego mistrza IBF jest antyreklamą boksu większą niż niedźwiedzie podrygi Johna Ruiza, dlatego trudno będzie wynegocjować kolejny pojedynek na poziomie mistrzowskim, gdzie jak wiadomo karty rozdają wielkie stacje telewizyjne. Zatem przyszłość Włodarczyka widzę w czarnych barwach: może pas EBU, w ostateczności, jeśli mecenas Wasilewski wespnie się na szczyty swoich promotorskich umiejętności, eliminator do walki o tytuł światowy. Zapewne zakończony porażką, jeśli Diablo nie zrealizuje tak często powtarzanych obietnic, że zacznie się wreszcie rozwijać. Tym samym pod znakiem zapytania staje przyszłość grupy HKP. Na kim mecenas Wasilewski ma oprzeć strategię promocji w najbliższych 2-3 latach? Na otłuszczonym Babiczu, który jeśli nie zbije wagi, w następnej walce dostanie zawału serca? Na sympatycznym skądinąd Tomku Boninie? Na Marcinie Najmanie (bez komentarza)? Jonak i Hutkowski są obiecującymi prospektami, ale konfitury z ich występów będą dopiero za 3-4 lata. W tej chwili na największą gwiazdę HKP wyrasta Jackiewicz, którego zawsze ceniłem i darzyłem wielką sympatią oraz szacunkiem. Jednak w jego przypadku szczytem możliwości jest pas EBU, gdyż czołówkę wagi półśredniej stanowią obecnie nieosiągalni dla niego rywale: Mosley, Cotto, Margarito, Baldomir, Judah… Zatem w HKP zapowiada się kilkuletni okres posuchy, a może delikatniej – oczekiwania na lepsze czasy. Co to wszystko oznacza dla boksu zawodowego w Polsce, który do niedawna opierał się głównie na zawodnikach i działaniach promotorskich Andrzeja Wasilewskiego?

           Pamiętajmy, że wierni czytelnicy bokser.org to zaledwie promil wśród potencjalnych kibiców boksu zawodowego w Polsce. I to właśnie ta większość (a nie my, niestety…), zapełniająca (lub nie) trybuny na galach bokserskich, zadecyduje w jakim kierunku potoczą się losy tej dyscypliny w naszym kraju. Częściowo przekonamy się o tym po kolejnej gali, która odbędzie się w katowickim Spodku już za dwa tygodnie. Powrót (czy aby na pewno?) do gry ludowego bohatera Andrzeja Gołoty, oraz występ w nowej wadze Tomasza Adamka, rodzą nadzieję na zatarcie złego wrażenia, jakie pozostawiła po sobie katowicka gala HKP. Wydaje się, że jeśli projekt 12rounds okaże się trwałym przedsięwzięciem (takimi nie były poprzednie grupy Gmitruka), najbliższe lata miną pod znakiem promotorskiej rywalizacji Andrzeja Wasilewskiego i… Bogusława Bagsika, w której początkowo – ze względu na Adamka i Gołotę – górą będzie prawdopodobnie ten drugi. Jednak kto wie, co będzie za kilka lat, gdy Jonak i Hutkowski nabiorą doświadczenia? Pozostaje jeszcze „węgiersko-polski” Grześ Proksa (bo już Sosnowski raczej nie) i tworzy się ciekawa układanka. Jeśli walki na gali Bagsika wypadną efektownie, a on sam będzie konsekwentnie budował swój nowy wizerunek biznesowy, może mój pesymizm okaże się nieuzasadniony i bokserski interes zacznie na dobre kręcić się w kraju nad Wisłą, czego sobie, mecenasowi Wasilewskiemu i wszystkim kibicom życzę z całego serca!

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © REDAKCJA