|
20-04-2007
Lennox Lewis wybitnym bokserem nie był!
W moim ostatnim felietonie napisałem, że Lennox. Lewis nie był wielkim bokserem. Na czym opieram to stwierdzenie? O tym za chwilę. Na początek jednak chciałbym jednak przedstawić sytuacje która może się zdarzyć. A mianowicie gdyby zerknąć do leksykonów boksu jak może wyglądać skrócona biografia Lewisa to będzie ona brzmiała mniej więcej tak. Lennox Lewis brytyjski mistrz bokserski. Najwybitniejszy pięściarz w historii tego kraju. Mistrz olimpijski w wadze superciężkiej. Jako ostatni był bezdyskusyjnym mistrzem zawodowców pokonując 4-krotnego mistrza świata Evandera Holyfielda. Jego „ofiarą” stał się również legendarny Mike Tyson którego pokonał przed czasem. W swojej karierze przegrał tylko dwa razy. Obydwie porażki pomścił wygrywając KO. Czy to nie brzmi jak byś my mieli do czynienia z kimś wybitnym? No coż takie są suche fakty. W rzeczywistości jest troszkę inaczej. Swoja tezę o tym że L.L był bardzo dobry ale nie wybitny opieram m.in. na tym że czytając wiele opinii na jego temat po skończeniu kariery wszyscy są zgodni – to był bardzo dobry zawodnik ale do wybitnego mu daleko. Nawet tak ceniony przez wszystkich komentator Janusz Pindera (również bardzo go cenię) twierdził to samo w artykule podsumowującym jego karierę. Ja sam na oparcie tej tezy mogę przytoczyć kilka jego walk i uzasadnienie że faktycznie do wybitnych on nie należał. A więc po kolei.
1. Wygrana z Michalem Grantem w 2 rundzie. Wielka mi rzecz. Gołota miał tego zawodnika też w pierwszej rundzie na deskach a to że go nie wykończył to już kwestia samego Gołoty. Grant zawodnik prawie bez amatorskiej kariery promowany na wielkiego mistrza okazał się zupełnym niewypałem. Jego kolejne walki tylko to potwierdziły.
2. Wygrana i remis z Evanderem Holyfieldem. W pierwszej remisowej walce po której zrobił się wielki szum sam Lewis był sobie winien gdyż druga połowę walki przespał i nie uwidocznił swojej przewagi. W rewanżu zaprezentował się nie specjalnie ale pomimo tego wygrał aczkolwiek remis nie byłby krzywdzący. Holyfield zawodnik niższy i lżejszy w kolejnych walkach pokazał że szczyt kariery ma już za sobą.
3. Zdemolowanie Andrzeja Gołoty w 1 rundzie. I tu ciężko powiedzieć by był to wielki sukces ponieważ jak sami wiemy nie doceniany przez wielu Lamon Brewster zrobił to jeszcze szybciej. Tysonowi zeszło tylko troszkę dłużej. O innych wpadkach naszej „białej nadziej” nie muszę chyba wspominać. Tak więc nie wiem czy jest to tez jakiś wielki sukces skoro Andrzej raczej sam się pokonuje niż robią to przeciwnicy.
4. Wygrana na punkty z Rayem Mercerem. Jak wiadomo była to bardzo kontrowersyjna wygrana o której długo debatowano.
5. Porażka i rewanż z Olivierem McCalem. No cóż ich pierwsza walka to typowy wypadek przy pracy. Celny cios i sędzia troszkę za wcześnie przerywa walkę ale to nie ważne. W rewanżu jest zwycięstwo ale kto widział walkę to wie że to raczej sam McCall się pokonał niż zrobił to Lewis. Po zażyciu narkotyków Amerykanin rozpłakał się na ringu i sędzia musiał zakończyć te błazenadę.
6. Porażka i wygrana z Rachmanem. Porażka to zlekceważenie przeciwnika. Rewanż to bezdyskusyjna wygrana przed czasem. Ale czy wygranie z Rachmanem jest takim znowu wielkim osiągnięciem? – Obecny mistrz świata Oleg Maskajew (również uważany za przeciętnego) zrobił to dwa razy i dwa razy było przed czasem w tym że w pierwszej walce posłał Rachmana poza ring. Dla mnie Rachman jest przeciętnym bokserem dla którego przypadkowa wygrana z Lewisem była odskocznia po której zaczęło się mówić o nim jako jednym z najlepszych ale jego ringowe osiągnięcia tego nie potwierdzają.
7. Walka z Henrym Akinwandem. Ha ha walka to za dużo powiedziane. Akinwande tak się przestraszył że nie robił nic tylko klinczował za co sędzia go zdyskwalifikował.
8. Pokonanie Mike Tysona. Pokonać Tysona to brzmi dumnie. Ale tylko na papierze. W rzeczywistości to tylko był cień Tysona. Jego kolejne porażki z Wiliamsem i z McBridem pokazały że bez solidnego treningu nie ma czego szukać na ringu. Walka ta wzbudziła wielkie zainteresowanie ale sam jej przebieg niestety już był nieszczególny Aczkolwiek muszę przyznać że gdyby ci dwaj zawodnicy zmierzyli się w swoim najlepszym okresie to i tak pewnie Brytyjczyk by wygrał. Po pierwsze miał przewagę wzrostu, wagi i zasięgu ramion i wiedział jak ją wykorzystać. Gdyby była niebezpieczna sytuacja robił by o co robi i Wladimir Kliczko czyli klinczował i oddawał pojedynczym ciosami które naprawdę maja swoje znaczenie i wcześniej czy później musiały być mocno osłabić Mike. Oczywiście to wszystko są tylko gdybania.
9. Wypunktowanie mało ruchliwego i niskawego Tuy tez chyba nie jest specjalnym sukcesem skoro dużo mniejszy i nieposiadający mocnego ciosu Chris Byrd zrobił to samo.
10. Znokautowanie Franka Bruno. W tej potyczce prezentował się niezbyt rewelacyjnie (mało powiedziane) dopóki nie zaskoczył rywala potwornym uderzeniem z prawej reki.
11. Ostatnia walka z Witalijem Kliczko. Przez walką wiele Brytyjczyk opowiadał jak to zje jednego Kliczke na śniadanie a drugiego na obiad. Sama walka już tego nie pokazała. Przed walką wszyscy byli zgodni że walczący zawsze o otwartymi ustami, poruszający się jak robot, nie mający specjalnie skomplikowanej obrony Witali długo nie potańczy po ringu. Jednak życie pokazało że radził sobie bardzo dobrze i kto wie co by było dalej gdyby walka potrwała jeszcze kilka rund. Oczywiście Lewis mógł te walkę wygrać co jednak nie zmienia faktu że na rewanż już się nie zdecydował pomimo bardzo korzystnych warunków finansowych.
Tak więc przedstawione powyżej walki stawiam jako argumentacje że jednak L. Lewis wielkim bokserem nie był. Osobiście twierdze jednak że był to bokser bardzo dobry który czasami za bardzo lubił boksować niż bić się na ringu. Sam Emanuel Steward kilkukrotnie to powtarzał. Poza ringiem tez nigdy nie był bohaterem skandali i często powtarzał ze najważniejszą kobieta w jego życiu jest jego mama. Tym samym można powiedzieć, że się wyróżniał na tle innych. Tak więc nie jest jego winą że pojedynki z Tysonem i Holyfildem stoczył gdy ci byli już u schyłku kariery. Nie jego tez winna jest że pozostali rywale nie zawsze byli z najwyższej półki. Po prostu w jego czasach nie było innych. Nie należy również zapominać że chyba nigdy nie stoczył porywającej walki o której długo by się mówiło jak np. trylogia Hoyfield – Bowe. Sam Bowe również jednak nie kwapił się do walki z Brytyjczykiem a ta mogła być bardzo ciekawa.
Kończąc już jeszcze raz powtórzę że w wadze ciężkiej bardzo trudno o zawodnika wybitnego. Rywalizacja jest dość ograniczona. Przeważnie powtarzają się te same nazwiska. Trudno nieraz o jakiś bardzo ekscytujący pojedynek. Nawet walki unifikacyjne są bardzo ale to bardzo rzadkie. Na tym tle lżejsi bokserzy mają dużo większe pole do popisu gdyż obok walk unifikacyjnych zawsze mogą przejść do kategorii wyższej. Najlepsi to robią walcząc z najlepszymi i stąd ich walki bardzo często są o niebo ciekawsze od ciężkich. Wystarczy zresztą porównać walki z poszczególnych kategorii i się okaże że waga ciężka jest najnudniejsza. Walki z tej kategorii bardzo rzadko są wybierane jako walka roku. Ostatni raz było to kiedy Holyfield pokonał Tysona. Aczkolwiek i tu można się przyczepić gdyż walka to zbyt rewelacyjnych nie należała. Było w niej zbyt dużo trzymania. Ale w tym przypadku chodziło o nazwiska walczących i prestiż oraz niespodziankę jaką było pokonanie Tysona.
Tak więc jeśli nadal ktoś twierdzi że Lewis był wybitnym bokserem niech przedstawi argumenty na poparcie tej tezy – jestem ich bardzo ciekaw.
|