|
18-12-2006
Odpowiadając na propozycję redakcji bokser.org, postanowiłem podzielić się z Czytelnikami strony moimi refleksjami na temat gali grupy promotorskiej Andrzeja Gmitruka, Boxing Europe & Glormax, która odbyła się w minioną sobotę w Poznaniu. Moje uwagi zamieściłem już w komentarzu pod znakomitą relacją Jędrka Makowskiego, niestety mój post został z niezrozumiałych przyczyn usunięty, dlatego za namową Redakcji postanowiłem przekazać moje uwagi w formie felietonu. Tych nielicznych Czytelników, którzy mieli okazję zapoznać się z moim komentarzem przed jego ocenzurowaniem, przepraszam za powtórzenie w tym felietonie większości spostrzeżeń z tamtego postu. Proszę ten felieton traktować wyłącznie jako głos kibica, będący skromnym uzupełnieniem profesjonalnej relacji dziennikarskiej autorstwa Jędrzeja Makowskiego. Redakcji dziękuję serdecznie za umożliwienie mi podzielenia się swoimi spostrzeżeniami. Tytuł tego felietonu ma związek z okolicznościami mojej obecności na gali w Poznaniu. Dzięki uprzejmości Radosława Kondera oraz Jędrka Makowskiego miałem możliwość uczestniczyć w tej imprezie za darmo, obserwując walki z miejsca w jednym z pierwszych rzędów przy ringu. Postaram się jednak, aby uczucie wdzięczności nie miało wpływu na obiektywizm mojej relacji, co pozostawiam jednak ocenie Szanownych Czytelników. Miejsce na galę wybrano znakomicie. Nowoczesna hala Targów Poznańskich doskonale nadaje się na organizację tego typu imprez. Dotychczas gale bokserskie odbywały się w ogromnej hali Areny, której trybuny mogące pomieścić prawie 7 tysięcy widzów świeciły zwykle pustkami. Tym razem organizatorzy słusznie uznali, że gala bez wielkich nazwisk nie przyciągnie tłumów i postawili na nowe miejsce, gdzie przygotowali mniejszą liczbę miejsc, które jednak szybko się zapełniły i nie mieliśmy do czynienia z irytującym widokiem pustych krzesełek. Oprawę gali przygotowano profesjonalnie, oferując kibicom oprócz głównego dania bokserskiego smakowite przystawki w postaci koncertu Borysewicza i tanecznych pokazów zespołu dziewczyn ze Słupska. Podobał mi się ten pomysł na połączenie dwóch rodzajów tańca w ringu: taniec pięściarzy krążących wokół siebie w poszukiwaniu okazji do zadania celnego ciosu i taniec pięknych dziewczyn, prezentujących swoje wdzięki w skomplikowanych układach choreograficznych. Niestety do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu, a jest nią osoba anonsera znanego z gal HKP, aktora Jacka Lenartowicza. Styl jego konferansjerki jest moim zdaniem kontrowersyjny, zwłaszcza jeśli chodzi o nieudolne próby naśladowania Michaela Buffera. Domyślam się, że decyzja o zaproszeniu Lenartowicza na galę Boxing Europe miała związek z jego rosnącą popularnością, liczę jednak że Pan Gmitruk zdecyduje się w przyszłości wypróbować innych anonserów, nie powtarzając błędów swojego konkurenta, mecenasa Wasilewskiego. Na rozgrzewkę zaproponowano kibicom walkę kickbokserską, którą można określić jako publiczny ostry sparing, ponieważ w ringu spotkali się koledzy z jednego, płockiego teamu. Natomiast w kolejnym pojedynku, inicjującym zmagania pięściarzy na ringu w Poznaniu, o oszczędzaniu rywala nie było już mowy. Ukraińskiemu przeciwnikowi Ziemlewicza nie brakowało determinacji i ringowego sprytu, które pozwoliły mu przetrwać straszliwy napór polskiego zawodnika do ostatniego gongu. Na pewno zaprocentowało tu doświadczenie wyniesione z ponad 200 walk amatorskich. Jednak siła i umiejętności były w tym pojedynku po stronie mistrza Polski, który niepotrzebnie skupił się na obijaniu korpusu przeciwnika. Gdyby częściej atakował ciosami na głowę, walka prawdopodobnie zakończyłaby się przed czasem. Pozytywnym zaskoczeniem była postawa kolejnego bohatera wieczoru Tariela Zandukelego, który na poznańskim ringu toczył dopiero swoja drugą zawodową walkę. Pięściarz ten dysponuje znakomitymi jak na swoją wagę warunkami fizycznymi, które były jego atutem w starciu z przeciwnikiem z Ukrainy. Zandukeli pewnie wykorzystał przewagę wzrostu i umiejętności, będąc bliskim rozstrzygnięcia walki przed czasem. Jednak jego rywal, podobnie jak przeciwnik Ziemlewicza, przyjechał do Poznania aby uczciwie zapracować na swoje honorarium i mężnie dotrwał do końca walki. W tym miejscu warto pokusić się o bardziej ogólną refleksję. Dobór rywali dla zawodników Andrzeja Gmitruka pokazuje, że możliwe jest ściągnięcie na galę w Polsce dobrego i taniego pięściarza, który mimo, że nie legitymuje się oszałamiającym rekordem, nie pełni jednak roli worka bokserskiego, do czego przyzwyczaiły nas występy sąsiadów zza południowej granicy na galach Hammera. W przeciwieństwie do podtatusiałych i otłuszczonych zawodników, kolekcjonujących kolejne porażki przed czasem, w Poznaniu oglądaliśmy umięśnionych i świetnie przygotowanych bokserów, którzy mimo wyraźnej dysproporcji w umiejętnościach starali się zaprezentować z jak najlepszej strony. Można sobie życzyć, aby mecenas Wasilewski skorzystał z doświadczeń konkurencji i częściej kierował swoją uwagę na wschód, poszukując zawodników na gale HKP. Niestety kolejny pojedynek na ringu w Poznaniu, mimo że dostarczył kibicom wielu okazji do serdecznego śmiechu, mocno mnie rozczarował. Tym bardziej, że w ringu oglądałem jednego z moich ulubieńców, Piotra Wilczewskiego. Rekord jego rywala z Azerbejdżanu wskazywał, że Wilku będzie miał do czynienia z kiepskim przeciwnikiem. Ambitny Azer stworzył w ringu iście komediowe przedstawienie, zabawnymi pozami i minami pokazując, że straszliwe ciosy raz po raz lądujące na jego głowie nie robią na nim wrażenia. W ten sposób słaniając się na miękkich nogach dotrwał do końca 8-rundowej walki, choć wydawało się, że Wilczewski zmiecie go w pierwszym starciu. Moim zdaniem świadczy to nie tylko o ringowym cwaniactwie i nadludzkiej wprost odporności Azera, który zainkasował około 20 potężnych ciosów prostych na brodę i ani razu nie był liczony. To dowodzi również, że Wilk nie dysponuje silnym uderzeniem, co nie wróży dobrze na przyszłość. Mimo dużej szybkości, świetnego przygotowania technicznego i kondycyjnego, bez przysłowiowej piguły w ręce, Wilczewski nie ma szans na światową karierę w swojej wadze, choć liczę na jego sukcesy na ringach europejskich. W walce wieczoru mieliśmy okazję zobaczyć najlepszy z dotychczasowych pojedynków Mariusza Wacha. Jednak cóż z tego, skoro jego rywalem był pięściarz, który w trosce o swoje zdrowie powinien jak najszybciej zrezygnować z rywalizacji w kategorii ciężkiej, co zresztą polski olbrzym chyba skutecznie wybił mu z głowy, demolując w ciągu niespełna 4 rund. Niedawny rywal Tomasza Adamka, z którym przegrał trzy lata temu na punkty, miał dość już po trzecim starciu, jednak na swoje nieszczęście dał się nakłonić do wyjścia na czwartą rundę, tylko po to aby obficie zrosić ring krwią z rozbitego łuku brwiowego. W związku z tym nadal nie wiem czego można tak naprawdę oczekiwać po naszym najlepszym obecnie ciężkim, który niczym Wałujew jednym susem przeskakuje liny wchodząc do ringu. Nie wróżę mu tytułu światowego, choć w Poznaniu zdobył pas TWBA, ale umówmy się – to biżuteria a nie trofeum mistrzowskie. Jednak jeśli Wach popracuje nad dynamiką i będzie częściej zadawał ciosy prawą ręką, może liczyć się w rywalizacji na szczycie, a na pewno w jego zasięgu już niebawem będzie tytuł europejski. Podsumowując: kibice obecni na gali w Poznaniu (wśród nich m.in. Mariusz Cendrowski, Wojciech Bartnik i redaktor Ryszard Koczura) mogą się czuć usatysfakcjonowani. Wbrew obawom jakie wzbudzały we mnie mizerne rekordy rywali naszych pięściarzy, stworzyli oni ciekawe widowisko sportowe, stojące na przyzwoitym poziomie. Szkoda, że nie mieliśmy okazji zobaczyć pierwotnie zapowiadanych przeciwników Wilczewskiego i Wacha, co w znacznym stopniu zmniejszyło atrakcyjność imprezy. Cieszy natomiast powstanie nowej grupy promotorskiej w Poznaniu. Mam nadzieję, że kibice boksu zawodowego nie będą długo czekali na kolejne emocje w stolicy Wielkopolski. Pozdrawiam! |
|||
| WWW.BOKSER.ORG | © POZNANIAK - Czytelnik bokser.org | ||