|
15-12-2006
„Lewy prosty ma znacznie lepszy niż kiedy walczył z Ruizem o tytuł. Tego się nawet nie da porównać.” - w głosie Sama Colonny, wieloletniego trenera polskiego pięściarza słychać prawdziwe emocje. „Byłem jednym z tych, którzy sceptycznie patrzyli na dalszą karierę Andrzeja po porażce z Lamonem Brewsterem. Już po tych dwóch tygodniach treningów wiem, że się myliłem” - powiedział INTERIA.PL amerykański szkoleniowiec. Windy City Gym, godzina 11. rano. Andrzej Gołota jest na sali wcześniej niż Colonna, co samo w sobie jak czymś niezwykłym. Oprócz niego jest tylko Willie, 76-letni czarnoskóry pomocnik Colonny, który pamięta czasy, kiedy w Windy City trenowali Muhammad Ali, Sugar Ray Robinson, Ernie Terrell. „Trzeba się trochę poruszać.” - mówi Polak, zaczynając rozgrzewkę od rozciągania, a później przed lustrem walki z cieniem. Pół godziny, bez choćby chwili przerwy - akurat do chwili, kiedy w drzwiach staje Colonna.
Chwilę później Gołota zaczyna trzyminutowe "rundy" z ciężkim, ważącym ponad 200 funtów workiem treningowym. Cios za ciosem, wszystko ponownie w tempie bardziej kategorii wagowej Tomasza Adamka, niż "ciężkich". „Andrzej na nic się nie żali, tylko bije kombinacjami, a lewy prosty wygląda może nie jak w 1996 roku, ale na pewno lepiej niż kiedy Andrzej walczył z Ruizem. Może wreszcie zreperowali mu ramię jak trzeba i wrócił jego lewy prosty, którym rozbijał rywali jak laleczki” - komentuje Colonna.- „Jest dobrze, znacznie lepiej niż mogłem sobie wyobrazić Andrzeja po dwóch tygodniach w Windy City. Za tydzień mógłby rozpocząć sparingi.” ***
Kończy się 10 rund pojedynku z ciężkim workiem. Gołota jest zmęczony, koszulka jest przesiąknięta potem, ale ciągle kipi w nim energia.
|
|||
| WWW.BOKSER.ORG | © INTERIA | ||