30-11-2006

          
Z DYSTANSU: Włodarczykowi życzę porażki

           Nowy Jork, 13.11.2004. „Myślałem, że wygrałem tę walkę. Kontrolowałem ją. Jestem zakłopotany.“- mówi z żalem w głosie Andrzej Gołota. Kilka minut wcześniej announcer ringowy ogłosił jego porażkę punktową w pojedynku o pas mistrza świata wagi ciężkiej federacji WBA z Johnem Ruizem. Przegrana Andrzeja jest dyskusyjna dla wielu kibiców w USA, a przede wszystkim w Polsce, bo choć w większości rund lepiej zaprezentował się Portorykańczyk, to Andrzej miał Ruiza dwukrotnie na deskach, a dodatkowo „Quiet Man“ otrzymał od sędziego 1 punkt karny. Po walce w prasie, telewizji i na internetowych forach pełno będzie dyskusji na temat „kontrowersyjnego” werdyktu, a większość rodaków uzna Gołotę za „bohaterskiego polskiego wojownika, którego skrzywdzili źli Amerykanie“. Pas jednak pozostanie w USA.

           Kilka miesięcy wcześniej, również po wyrównanym 12-rundowym pojedynku, Gołota zremisował z czempionem IBF, Chrisem Byrdem- wówczas też były dyskusje, zawiedzione nadzieje i świetne recenzje dla Gołoty. Tylko tytułu mistrzowskiego nie było...

           Kibicom to jednak nie przeszkadzało, bo Andrzej Gołota jeszcze w poprzedniej dekadzie zdążył ich przyzwyczaić do swoich „porażek w dobrym stylu“ i „nauczył ich“, że nie liczy się wynik, ale piękny udział. Trudno tutaj nie zauważyć, iż ten „postulat“ najlepszego polskiego ciężkiego doskonale wpisuje się w kilkusetletnią polską tradycję poległych bohaterów i heroicznych porażek, bo w naszym kraju, jak chyba w żadnym innym na świecie, największymi świętami są rocznice upadków lub wybuchów przegranych wojen i powstań. Taki nasz martyrologiczny fetysz.

           Pół roku po walce Gołoty z Ruizem w Chcicago w pojedynku o mistrzostwo świata wagi półciężkiej federacji WBC Tomasz Adamek zmierzył się z Australijczykiem Paulem Briggsem i dokonał czegoś, co przed nim nie udało się ani Gołocie ani żadnemu innemu pięściarzowi znad Wisły- zdobył mistrzowski pas, walcząc pod polską flagą. Wydawać by się mogło, że polscy kibice powinni być wniebowzięci... Nic bardziej mylnego. Adamek ze swoim nieznacznym punktowym zwycięstwem w żaden sposób nie pasował do wykreowanego przez Andrzeja Gołotę i setki lat historii wizerunku przegranego bohatera. Zaczęto więc analizować karty punktowe, doszukiwać się oszustwa, a dla niektórych polskich kibiców (głównie tych, którzy punkty przyznawali za wygląd twarzy po pojedynku) prawdziwym zwycięzcą walki w Chicago i bohaterem stał się Paul Briggs.

           Półtora roku później doszło do rewanżu pomiędzy Adamkiem i Briggsem i ponownie stosunkiem głosów „dwa do remisu” (uwaga: taki werdykt jest w boksie dopuszczalny, nie trzeba być lepszym w opinii wszystkich trzech sędziów, by pokonać rywala po 12 rundach!) na punkty wygrał „Góral”. Wygrał i już parę godzin po walce przekonać się mógł, że Polaków nie można zadowolić „jakimś tam” zwycięstwem punktowym, tym bardziej niejednogłośnym. Kto wie, może nawet przez chwilę żałował, że to nie Briggsa sędziowie ogłosili zwycięzcą... Wówczas z pewnością zebrałby niemal wyłącznie dobre recenzje i odziedziczył po swoim przyjacielu z wyższej wagi tytuł „oszukanego bohatera“. A tak... pozostało mu „tylko” cieszyć się pasem WBC i uznaniem kibiców w USA (którzy przecież na boksie się nie znają i mają dziwny zwyczaj okazywać szacunek przede wszystkim zwycięzcom, a nie pokonanym).

           Od minionej niedzieli, oprócz Adamka, garb mistrza świata, który przyprawili mu sędziowie punktowi pojedynku ze Stevem Cunnighamem, Wallfreid Rollert i Włodzimierz Kromka, dźwigać musi Krzysztof „Diablo“ Włodarczyk.

           Sobotnio-niedzielna walka Włodarczyk-Cunningham o pas IBF kategorii junior ciężkiej była bardzo wyrównana; wyrównana na tyle, że większość z rund można było przyznać równie dobrze Polakowi co Amerykaninowi. Niestety, jak się okazało, jedynym przychylnym Włodarczykowi na „Torwarze“ arbitrem był amerykański punktowy- Charles Dwyer. Mr Dwyer tak bardzo chciał oszczędzić polskiemu pięściarzowi podłego losu Tomka Adamka, że przyznał Cunninghamowi 11 z 12 rozegranych rund. Jego dobre intencje na nic się jednak zdały, bo został przegłosowany przez Rollerta i Kromkę i „Diablo“ wygrał niejednogłośnie na punkty (w tym miejscu chciałbym ponownie zaznaczyć, że regulamin dopuszcza sytuacje, w których zawodnik jest ogłaszany zwycięzcą, mimo, że jeden z sędziów jego punktowego zwycięstwa nie widział, a Amerykanie mają nawet dla takich werdyktów specjalne nazwy; jedną z nich jest „Split Decision“!).

          
POINTA: W imieniu dużej części kibiców chcę wyrazić ogromny niesmak w związku ze zwycięstwem Włodarczyka nad Cunninghamem i życzyć mu jak najszybszej porażki, najlepiej niezasłużonej na gali Dona Kinga, bo dopiero wtedy Krzysztof będzie mógł się cieszyć prawdziwą sympatią wszystkich polskich fanów boksu (w ostateczności „Diablo“ może wygrać przez KO, ale koniecznie ciężkie, a nie takie jak Tomek Adamek, bo po tym Adamka „Ulrich wstał na 8 i mógł jeszcze walczyć”).

 
 
  WWW.BOKSER.ORG © MAJER