|
30-10-2006 Z jednej strony: „faworyt, zdecydowany faworyt, murowany faworyt” – po czym: „tak miało być, zgodnie z planem, plan wykonany” – po drugi biegun: „niespodzianka, sensacja, trzęsienie ziemi, świat się zawalił”. Takie określenia często padają przed wydarzeniem sportowym. Gdyby było tak, że faworyt zawsze wygrywa, to zapewne sport byłby mniej emocjonujący. Piękne, dla faworytów, w sportach wymiernych jest to, że jadąc na zawody są w stanie przewidzieć o co będą walczyć. Czy będzie to bój o medale, czy też pozostaną „ogony”. Jakże inaczej jest w sportach niewymiernych, w tym w sportach walki. Jasnym jest, że nie ma tu dowolności w ferowaniu wyników i pewnie w zdecydowanej większości batalii wygrywają faworyci, to jednak pozostaje duża pula sportowych wydarzeń, które kończą się wynikiem nieoczekiwanym czy wręcz sensacją. Sporty walki są idealnym przykładem na to, że faworyt musi się mieć na baczności w każdym starciu, a lekceważenie przeciwnika, czy też brak należytego przygotowania może mieć fatalne skutki. Kilkanaście lat temu w Tokio doszło do walki M. Tysona, będącego u szczytu sławy ale i przechodzącego burzliwy związek małżeński z przeciętnym bokserem, J. Busterem Douglasem. Tysona obstawiano w zakładach bukmacherskich 100:1 i nie było fachowca, który miałby jakieś „ale”. Koledzy ze studiów, których nieco zaraziłem sympatią do boksu, dowiedzieli się pierwsi o sensacyjnym wyniku walki (wygrana skazanego na pożarcie przez nokaut), a wiedząc że oczekuję na rezultat przyszli do mnie podpytując, czy coś wiem. Nie wiedziałem. Jeden z nich mówi tak: „cos mi się wydaje że jak tak długo nie ma wyniku, to może Tyson przegrał?” Pamiętam, że wyrzuciłem z siebie tysiąc argumentów, które miały świadczyć o tym, że przegrana Tysona w tej walce jest niemożliwa. Po dłuższej dyskusji jeden ze znajomych do mnie: „ A ja bym postawił na zwycięstwo JBD!” – a ja na to: Stawiam …. – w każdym bądź razie duże jak na studencką kieszeń pieniądze, że wygra Tyson”. Po przyjęciu zakładu, który został później honorowo unieważniony (dzięki!) przekazali mi wynik walki. Pamiętam, że nie mogłem przez kilka dni w to uwierzyć i byłem zszokowany, że za spore pieniądze ściągnąłem jak się dało najszybciej z USA kasetę z tą walką. Tak to jest z faworytami (czasami). I oto w ubiegłą sobotę mój faworyt do tytułów w wadze junior ciężkiej – Grigorij Drozd (Ukraina) przez dwie rundy walki z Turkiem Firatem Arslanem walczył tak wspaniale, że już widziałem kapitalną walkę jaką stoczy o tytuł (sobotnia walka była walką eliminacyjną). Arslan przez dwie rundy szedł do przodu za podwójną gardą, a Drozd zadał w tym czasie kilkadziesiąt mocnych ciosów, które spadały to na tułów, to na glowę Turka, który sam nie zadał chyba celnego ciosu. Zdumiał mnie nieco sekundant Turka, T.Schmitz, który w przerwie mówił, że jest dobrze i trzeba walczyć tak dalej. Co on kombinuje? – pomyślałem, czyżby coś wiedział o przy- gotowaniach Drozda i chce go zamęczyć tempem, jeśli oczywiście Arslan przetrzyma bombardowanie. I oto od trzeciej rundy Drozd zaczyna mniej tańczyć i mniej zadawać ciosów, i po niespełna 15 minutach walki został wbity w narożnik, nie będąc w stanie zadawać ciosów. Coś niesamowitego. Najważniejsza walka w karierze, bo otwierająca możliwość zdobycia tytułu światowego, a tu facet jest totalnie nieprzygotowany. Według mnie coś się działo w okresie przygotowań, bo nie mogę dopuścić myśli, że zlekceważył Arslana, który niezwykle cieszył się po tej walce. Jego kompan L. Krasnigi nie mniej był uradowany. I chociaż kibicowałem Drozdowi, to właśnie takie zwroty akcji, jak w tej walce są solą boksu i warto pokonać kilkaset kilometrów by coś takiego zobaczyć. |
|||
| WWW.BOKSER.ORG | © MIRKIEWICZ | ||