|
20-08-2006 ”Żona właśnie obierała ziemniaki, wstała, by otworzyć lodówkę i tak niefortunnie się potknęła, że upadając, wbiła sobie nóż w plecy- i tak 17 razy.” W taki sposób w jednej z sądowych anegdotek oskarżony o morderstwo żony mężczyzna tłumaczył stwierdzone u niej liczne obrażenia ciała. Co owa historyjka ma wspólnego z boksem? A no ma tyle, że przyszła mi do głowy, gdy po powrocie z zasłużonego urlopu, przeczytałem internetowe opinie dotyczące zeszłopiątkowej rewanżowej walki Maskajew-Rahman; opinie utrzymane w tonie, jakoby Rahman kolejny raz miał pecha i po raz kolejny przypadkowo przegrał ze szczęściarzem Maskajewem. Moim zdaniem wynik konfrontacji na ringu w Las Vegas jest w takim samym stopniu dziełem przypadku, co śmiertelne kontuzje odniesione przez nieboszczkę w przytoczonej na wstępie historyjce, bo jestem przekonany, że Rahman, wbrew temu, o czym wielokrotnie zapewniał np. przy okazji konferencji prasowych, od czasu pamiętnej porażki w pierwszej walce z Maskajewem, nie jeden i nie dwa razy budził się w nocy zlany zimnym potem na wspomnienie spektakularnego wypadku (nomen omen) z roku 1999. Nie ukrywałem nigdy, że Rahman nie jest moim ulubionym pięściarzem wagi ciężkiej i że w mojej opinii nigdy nie doszedłby do tego, co ma dzisiaj, gdyby nie szczęśliwe zwycięstwo nad Lennoxem Lewisem w 2001 r. Z drugiej strony mam dla niego wiele szacunku za to, że nigdy nie unikał konfrontacji z najlepszymi na czele z Lewisem, Holyfieldem czy Tua. Niemniej, Maskajew (nawet ten 37-letni) to pięściarz, z którym doświadczony „wypadkiem roku 98” Hasim przegrałby 9 (jeśli nie 10) walk na 10. W rewanżowym pojedynku Rahman dobrze zaprezentował się tak naprawdę tylko w trzech pierwszych rundach- tylko w trzech pierwszych starciach był w stanie konsekwentnie kontrolować przebieg walki swoim dobrym lewym prostym i unikać uderzeń dość chaotycznie atakującego przeciwnika. W miarę rozwoju wydarzeń w ringu, narastającego zmęczenia, przyprawionego kilkoma solidnymi sierpami Maskajewa, w głowie Hasima zdawały się odżywać demony pierwszej, tragicznie zakończonej potyczki z „Big O”. Były już mistrz WBC coraz częściej zaczynał się gubić, zapominał o swoim lewym prostym, niepotrzebne wdawał się w wymiany. Można domyślać się, że taktyka, jaką na rewanżową walkę przyjął Maskajew i fakt, że od pierwszego gongu konsekwentnie i w czytelny sposób ją realizował, potęgowała z każdą minutą obawy Rahmana dotyczące możliwości uniknięcia powtórki tragicznego finału sprzed lat. A taktyka rosyjskiego pięściarza była prosta, jak nie przymierzając, pytania w konkursach audiotele: iść do przodu i korzystać z dobrodziejstwa natury, polegającego na tym, że siła ciosu jest ostatnim walorem, jaki traci bokser wraz z upływem lat. Jak się okazało, to wystarczyło na rozbitego już wcześniej w licznych ringowych wojnach Amerykanina. I wystarczyłoby 17 razy, bo tak jak Andrzej Gołota nigdy nie zaprezentowałby pełni swoich możliwości w rewanżu z Lennoxem Lewisem, tak jak Władimira Kliczko nigdy nie pozbędzie się koszmaru Corrie Sandersa, tak Hasim Rahman zawsze, stojąc oko w oko z Maskajewem, będzie widział w nim człowieka, który kilka lat wcześniej zafundował mu błyskawiczną podróż z ringu w nieznane. |
|||
| WWW.BOKSER.ORG | © MAJER | ||