W pojedynku dwóch byłych mistrzów wagi junior ciężkiej, Krzysztof „Diablo” Włodarczyk swoim wspaniałym zwycięstwem nad rutynowanym Giacobbe Fragomenim udowodnił, że nadal zalicza się do światowej czołówki tej kategorii wagowej. Dopisał również kolejny ważny rozdział, do trwającej już prawie dwadzieścia lat historii zawodowego boksu w Polsce, bowiem jako pierwszy polski pięściarz zdobył po raz drugi mistrzowski tytuł w tej samej kategorii wagowej. Warto prześledzić w kronikarskim skrócie kolejne etapy tej historii, od pierwszych, zagranicznych jeszcze kroków Dariusza Michalczewskiego, Przemysława Salety, Andrzeja Gołoty i Marka Piotrowskiego, aż do najnowszych sukcesów Tomasza Adamka, Rafała Jackiewicza, Alberta Sosnowskiego i wspomnianego już Krzysztofa Włodarczyka.
Floyd Mayweather Jr. wspaniałym zwycięstwem nad Shanem Mosleyem potwierdził swój status dominatora w kategorii półśredniej oraz jednego z najlepszych pięściarzy wszechczasów bez podziału na kategorie wagowe. Jednak wśród kibiców nadal nie brakuje krytycznych opinii, w których zarzucają „Money” Mayweatherowi, że jest pięściarzem kunktatorskim, unikającym prawdziwych wyzwań (zwłaszcza walki z Pacquiao), niezasłużenie uznawanym za wielkiego mistrza etc. Zastanawiam się, jak bardzo trzeba być zaślepionym niechęcią, aby formułować tak bezpodstawne zarzuty pod adresem człowieka, który w boksie osiągnął właściwie wszystko i nikomu nic nie musi udowadniać.
Minionej nocy Tomasz Adamek i Chris Arreola stworzyli wspaniałe widowisko, które z pewnością przejdzie do historii boksu. Swoją porywającą walką tchnęli również nową energię w zastygłą od lat wagę ciężką. Polski pięściarz nie kryjący się ze swoją żarliwą religijnością, stał się długo oczekiwanym mesjaszem królewskiej kategorii. To, co niedawno było niewyobrażalne, teraz jest na wyciągnięcie ręki. Adamek udowodnił, że stać go na zdobycie mistrzostwa świata wszechwag, a przede wszystkim pokazał, że rywalizacja na szczycie pięściarskiego Olimpu może być znów pasjonująca, tak jak w czasach legendarnych championów. To wprost niewiarygodne, ale być może za kilka lat w annałach boksu w jednej linii wymieniane będą takie nazwiska, jak Joe Louis, Rocky Marciano, Muhammad Ali, Mike Tyson, Evander Holyfield i… Tomasz Adamek!
Bokserski świat wprawiła w osłupienie sromotna klęska mistrza świata wagi średniej kilku federacji Kelly Pavlika, w sobotnim starciu ze skazywanym na pożarcie Sergio Martinezem, championem niższej kategorii wagowej. Ja jednak w ciemno typowałem zwycięstwo Argentyńczyka i gdyby nie moja niechęć do hazardu, ze spokojem postawiłbym na to u bukmacherów cały majątek. Wystarczyło obejrzeć ostatnie walki obu pięściarzy, aby nie mieć najmniejszych wątpliwości co do tego, kto będzie lepszy na ringu w Atlantic City.
Właśnie przeczytałem szokującą dla mnie wiadomość w sportowym dziale portalu gazeta.pl. Podobno Andrzej Gołota planuje stoczyć jeszcze dwie walki! Jedną na przetarcie w Polsce i kolejną z Evanderem Holyfieldem. Uspokoiłem się nieco, gdy ujrzałem źródło tej wiadomości - "Super Express". Niemniej jednak ta brukowa gazeta powoływała się na wypowiedź Gołoty, który zadeklarował, że jeśli jego lewa ręka będzie sprawna, zamierza stoczyć pożegnalny pojedynek z Holyfieldem, być może wcześniej występując przed polską publicznością.
Mój poprzedni wpis znalazł uznanie w oczach Redakcji serwisu bokser.org i został umieszczony na stronie głównej, o czym dowiedziałem się dopiero po kilku dniach, przebywając na delegacji. Lektura kilkudziesięciu komentarzy skłoniła mnie do reakcji na niektóre padające w nich zarzuty i słowa krytyki. Jednocześnie pragnę podziękować za wszystkie głosy, zarówno te aprobatywne jak i negatywne.
Oglądając walkę bokserską kibic oczekuje emocjonującej rywalizacji twardych mężczyzn, w której zapadnie jednoznaczne rozstrzygnięcie. Jednak gdy w sportową rywalizację wkrada się duch będący zaprzeczeniem reguł fair play, psuje to całe widowisko. Tak niestety stało się minionej nocy w Detroit. Interesujące starcie Artura Abrahama z Andre Dirrellem zostanie zapamiętane głównie z powodu skandalicznego incydentu, który miał miejsce w 11 rundzie.
Przebudziłem się z zimowego letargu, a wraz ze mną mój blog. I jest to przebudzenie dość gwałtowne, a jego sprawcą stał się polski smok, choć nie ten z jaskini pod Wawelem. Albert „Dragon” Sosnowski, mistrz Europy wagi ciężkiej, stał się bohaterem największej chyba niespodzianki w historii zawodowego pięściarstwa w Polsce. Od wczoraj wszystkie media trąbią o jego planowanej na koniec maja w Gelsenkirchen, walce z Witalijem Kliczko, mistrzem świata królewskiej kategorii w najbardziej prestiżowej federacji. Tym co dodatkowo pobudziło moje zmrożone długą zimą zmysły kibica, stała się pewna matematyczna kalkulacja. Otóż teoretycznie jest możliwe, że do końca 2010 roku mistrzowskie trony wagi ciężkiej zostaną zdominowane przez… polskich pięściarzy!
Zakładając bloga na bokser.org nie sądziłem, że kiedykolwiek poświęcę choćby kilka słów postaci takiej jak Zsolt Erdei. Ostrożne dobieranie rywali w kolejnych obronach pasa WBO w wadze półciężkiej – modelowy wręcz przykład niemieckiej strategii promocyjnej, pojedynki równie finezyjne jak niemieckie poczucie humoru, to wszystko sprawiało, że sympatyczny skądinąd Węgier był w moich oczach antyreklamą zawodowego boksu. Nie odmawiałem mu pięściarskiego talentu, ale w tym sporcie – jak w każdym zresztą – oprócz technicznych zdolności, trzeba również wykazać się umiejętnością stworzenia emocjonującego widowiska. A to w ostatnich latach nie wychodziło Erdeiowi najlepiej. Jednak jego sobotnie starcie z mistrzem WBC w wadze cruiser, Giaccobe Fragomenim dowiodło, że nigdy nie można nikogo spisywać na straty. Dziwi mnie jednocześnie dominujące w internetowych dyskusjach kibiców przekonanie, że Erdei walkę tę wygrał niesłusznie.
Po walce Wałujewa z Haye nie spodziewałem się jakiś szczególnych emocji, ale nie sądziłem, że poziomem nudy pojedynek ten przebije walki monstrualnego Rosjanina z Johnem Ruizem. Tym samym Ruizem, który zresztą na gali w Norymberdze pokazał agresywny i dynamiczny boks, jakiego w wydaniu tego pięściarza nie mieliśmy okazji oglądać od bardzo dawna. Warto to wziąć pod uwagę – nawet jeśli rywal Ruiza był bardzo przeciętny – w perspektywie pewnego już starcia byłego latynoskiego mistrza świata z nowym od wczoraj czempionem WBA, Davidem Haye. Pozostaje tylko pytanie, czy Haye zasłużył na mistrzowski pas, skoro pomiędzy jednym a drugim jego ciosem można było spokojnie poczytać gazetę? Z tak pasywnie walczącym pretendentem, nawet Andrzej Kostyra komentujący walkę w swoim niepowtarzalnym stylu, miałby szanse na przetrwanie kilku rund, zwłaszcza jeśli zasypałby rywala gradem „kostyryzmów”.
Echa „polskiej walki stulecia” powoli cichną w medialnym zgiełku. Wymiar sportowy, którego właściwie nie było, przesłoniły informacje o charakterze tabloidowym: z jednej strony pojednawczy list Adamka, z drugiej stojąca z nim w sprzeczności, arogancka opinia tego pięściarza na temat żony jego ostatniego rywala. Natomiast pozostałe walki stoczone na łódzkiej gali, mające realny sportowy wymiar, analizowane były jedynie w wąskich kręgach fachowców. Za chwilę wszystko zagłuszy wrzawa wokół starcia Davida Haye z syberyjskim gigantem. Nim tak się stanie, chciałbym dorzucić swoje przysłowiowe trzy grosze do dyskusji na temat łódzkiej gali, z wyłączeniem walki wieczoru, o której już pisałem na blogu. Pewnym pocieszeniem, po wielkim zawodzie, jaki przeżyłem oglądając kolejną klęskę Gołoty, były wyniki walk moich pozostałych ulubieńców.
O walce Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem napisano i powiedziano już tyle, że trudno dodać do tych opinii coś odkrywczego. Jednak przed walką wyraziłem na blogu swoje zdanie na jej temat, kierowany nadmiernym jak się okazało optymizmem, łudząc się nadzieją na zwycięstwo Gołoty. Liczyłem na to, że mimo kontuzji i wieku zaprezentuje on formę bliską do tej, jaką pokazał w walce z Mollo. I przeliczyłem się… Nadzieja jednak bywa matką głupich… Wypada więc podzielić się swoimi przemyśleniami po walce zwłaszcza, że w pewnych aspektach odbiegają one od ogólnego tonu dyskusji na temat polskiej „walki stulecia”.
„Kibicuję Adamkowi, choć jestem za Gołotą” – ten nielogicznie brzmiący cytat z wpisu internauty na forum portalu gazeta.pl, dobrze ilustruje sytuację, w której znalazło się wielu polskich fanów pięściarstwa. Próbując rozstrzygnąć konflikt lojalności, jaki w kibicowskim sumieniu wywołuje zbliżająca się konfrontacja Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka, zwana „polską walką stulecia”, wielu przybiera niezbyt elegancką pozę. Parafrazując klasyczną już wypowiedź posłanki Nelli Rokity – „stają w rozkroku”.
